Cała filmografia Toma Cruise’a

Chciałem obejrzeć Mission: Impossible – Fallout, ponieważ słyszałem o tym filmie wiele dobrego, a swoją drogą też bardzo lubię filmy szpiegowskie, ale oczywiście nie mogłem tego zrobić, dopóki nie zobaczyłbym wszystkich poprzednich części. Więc, dla beki, obejrzałem wszystkie naraz.

A potem już poszło, że tak powiem.

Próbowałem już kiedyś oglądać całe filmografie, ale nigdy mi to specjalnie nie wychodziło, a z tą to wpadłem w obsesję, jak to się zdarza, i stworzyłem plik w Excelu, jak to się zdarza i załatwione – teraz widziałem już całą filmografię Toma Cruise’a i zrecenzuję ją, film po filmie.

Zrobię to w kolejności, w której wyszły, nie w kolejności, w której je widziałem, bo moje biedne serce chyba by tego nie zniosło, gdybym miał je spisać w niewłaściwej kolejności.

Też nie użyję żadnego systemu ratingowego, bo ciężko utrzymać w nich konsekwencję, a i do tego coś mi świta, że na jakichś zajęciach z marketingu mówili nam, że najlepiej ocenić wartość danego produktu albo usługi po tym, czy by się je poleciło czy nie, więc zakończę każdą moją recenzję rekomendacją bądź nie-rekomendacją.

I jedna ważna uwaga zanim rozkręcę karuzelę: absolutnie odrażają mnie niektóre wybory, które Tom Cruise poczynił, szczególnie jego zaangażowanie w scjentologię. Nie wiem czy on jest po prostu tak naiwny czy nie potrafi odpuścić, jak już się w coś zaangażuje, bo jest zbyt intensywnym człowiekiem, ale w sumie powód nie ma większego znaczenia. Jak ktokolwiek może być częścią tak chujowej organizacji, a tym bardziej ktoś, kto grał w niejednym filmie o tym, że sekciarskie, ekskluzywne, potężne instytucje są złe, nie zrozumiem.

Być może aktorów nie obchodzi albo nie rozumieją znaczenia tego, w czym występują, albo być może życie kogoś takiego jest na poziomie absolutnie poza moim pojmowaniem. Tak czy inaczej, Tom Cruise też jest bardzo dobrym aktorem, który miał szansę – albo motywację – by współpracować przy niesamowitych produkcjach z legendarnymi filmowcami. Sprawia wrażenie jakby był nadludzko poświęcony swojej sztuce i każdej roli, nie wspominając już, że jest całkiem przystojny, ze wspaniałą figurą, którą utrzymywał całe życie.

Więc, na potrzeby tej recenzji odkładam jego życie prywatne na bok i skupię się na samych filmach, historiach i postaciach, i będę się zachwycał tym, jaki to on nie jest piękny w niemal każdym z nich. Nie chcę przez to powiedzieć, że ta sprawa ze scjentologią jest nieistotna, bo jest, w końcu to niebezpieczne zrzeszenie obłąkanych megalomanów, ale cóż, to tutaj jest tylko lekką, amatorską krytyką filmową, więc te mroczniejsze tematy zostawię na inny dzień.

Czasem też muszę skomentować polskie tłumaczenia tytułów – sztuka tak wyjątkowa, że trudno szukać jej równych.

No i jeszcze notka w sprawie spojlerów: zrobiłem, co mogłem, żeby wszystkie recenzje były bez spojlerów, choć niektóre odniesienia nie będą miały sensu, jeśli nie widziało się poszczególnych filmów (co jednak nie powinno negatywnie wpłynąć na ogólne doświadczenie czytelnicze). Wszystkie większe spojlery i komentarze są oznaczone i ukryte w klikalnych akapitach.

Zatem oto one, czterdzieści pięć recenzji każdego dotychczas wyprodukowanego filmu z Tomem Cruise’em.

  1. Niekończąca się miłość (Endless Love – 1981)

Więc… zaczynamy, w takim razie. Ten film opowiada historię obsesyjnego związku między młodą dziewczyną z hipsterskiej rodziny i kolesia na równi z Joe Goldbergiem z serialu You. Nie wiem, czy to z powodu wątpliwych, kazirodczych implikacji matki oglądającej swoją córkę w łóżku z chłopakiem czy jawna przemoc fizyczna, którą tenże chłopak tejże dziewczynie później wyrządza, ale nie za bardzo podobał mi się ten film. Swoją drogą, James Spader też tu gra i w sumie go lubię w jego późniejszych rolach, ale w swoich filmach z lat 80-tych zawsze gra takich wrednych wazeliniarzy.

Jeśli chodzi o występ Toma Cruise’a w tym, który trwał aż 53 sekundy, w której zdążył zapoczątkować tragiczne wydarzenia, które doprowadziły do absolutnej katastrofy – to nie wiem. Pewnie gdybym w wieku 19 lat tak wyglądał, to moją pierwszą rolą też byłoby rozbieranie się na szkolnym boisku bez wyraźnego powodu. Ale nie wiem.

Podsumowując: Nie polecam tego filmu, mimo że dzięki niemu powstał jeden z najsłynniejszych hitów weselnych na świecie – Endless Love w wykonaniu Diany Ross & Lionel Richie.

  1. Szkoła kadetów (Taps – 1981)

I to jest coś zupełnie innego. Historia szkoły wojskowej, którą postanowiono zamknąć, by sprzedać ziemię deweloperom, choć kadeci, którzy do niej uczęszczają, mają nieco inny pomysł. Ze względu na niefortunny zbieg okoliczności dyrektor szkoły, Generał Bache, ląduje w szpitalu, więc uczniowie decydują się po prostu przejąć szkołę, podczas niespodziewanie dobrze skoordynowanego oblężenia. W centrum jest Kadet Major Brian Moreland (grany przez Timothy Huttona), jego najlepszy przyjaciel Kadet Kapitan Alex Dwyer (grany przez Seana Penna w swojej pierwszej roli) oraz nadgorliwy Kadet Kapitan David Shawn (grany przez Cruise’a, który najwyraźniej był taki pełen zapału na planie, że filmowcy postanowili zwiększyć znaczenie jego roli, co moim zdaniem filmowi dobrze zrobiło).

Ta historia pięknie pokazuje popadanie w szaleństwo i jest doskonałą lekcją na temat ‘uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać’, kiedy wojskowi kadeci, wytrenowani by maszerować i wypełniać rozkazy, są gotowi iść za swoim Majorem do piekła. Te trzy wspomniane postaci również przedstawiają dobrze zaprojektowaną trychotomię poglądów wyrażanych w filmie: Alexa, który nie za bardzo pasjonuje się tym całym wojskiem i raczej ma do niego beznamiętny stosunek; Davida, który jest porywczym, obsesyjnym wojakiem; oraz Brian pośrodku, który traktuje wojsko i swoją szkołę bardzo poważnie, ale też rozumie, kiedy trzeba odpuścić.

Poza tym, dramatyzm oraz występy w tym filmie są po prostu porywające. Bardzo mi przypominał Chłopców z placu Broni Ferenca Molnára, którą to książkę absolutnie uwielbiam, tylko że w wojskowym wydaniu. Wszyscy chłopcy to rzeczywiście chłopcy albo nastolatkowie i to jak postać Toma Cruise’a wpada w szał jest po prostu piękne. Zawsze przy tym filmie durnie się uśmiecham, bo czasem jest absurdalny, a potem uderza w twarz dramatycznym napięciem. Z pewnością to jest niedoceniona perełka.

Podsumowując: W stu procentach i zupełności polecam ten film.

  1. Wyrzutki (The Outsiders – 1983)

Idąc dalej, opowieść o dojrzewaniu, która spopularyzowała tzw. Brat Pack, czyli grupę młodych aktorów z tych wszystkich nastoletnich filmów z lat 80-tych. Fabuła w tym filmie jest dosyć prosta, z jednej strony mamy Greasers, czyli biednych kolesi z żelem we włosach, a z drugiej socs (sołszys, od socials, nie socks), czyli bogatych kolesi noszących koszulki polo. Jest dużo dramatyzmu i znajdowania kim się naprawdę jest, niepotrzebnej przemocy, bardzo przesyconych zachodów słońca i tandetnych, nałożonych na siebie gadających głów.

Lubię to, co ten film zrobił dla popkultury, ogólnie lubię historie typu Brat Pack, cholera, nawet lubię to, że w tym filmie główne postaci mają tak dziwne imiona jak Ponyboy i Sodapop. Kumam, że to jest film, który należy lubić, bo to klasyka kina, ale szczerze, czterdzieści lat później niezbyt mnie przekonuje. Wiem że to Coppola i w ogóle, ale wolałem West Side Story kiedy było pełne gejowskich, tanecznych bójek.

Podsumowując: W zasadzie okej, ale nie muszę tego drugi raz oglądać.

  1. Tracąc to (Losin’ It – 1983)

Po pierwsze – to dosłowne tłumaczenie nie do końca działa, bo Losin’ it ma wiele różnych innych znaczeń oprócz tego jednego, a po polsku się te znaczenia tracą, więc dla mnie to już jest słabe.

Ale, nie tylko to. Bo tutaj mamy do czynienia z kiepską, niskobudżetową, ledwo międzynarodową wersją American Pie, choć ten film wyszedł dopiero 16 lat później. Mamy czterech młodych kolesi jadących do Tijuany w Meksyku, by stracić swoje dziewictwo. Do przygody dołączają się dzieciak-biznesmen, który chce kupić tanie fajerwerki oraz nieszczęśliwie zamężna kobieta, która chce się rozwieść.

Potem to już dzieją się same szaleństwa, ale nie mają one żadnego znaczenia. W sumie w filmie gra całkiem spoko meksykański policjant, ale poza tym wszyscy są okropni i podejmują złe decyzje. Niektóre ujęcia są fajne, kiedy np. wszyscy chłopcy wychylają się naraz zza przegrody na komisariacie policyjnym, ale to nic przełomowego. Wielu rzeczy też nie zrozumiałem, np. kiedy mąż wspomnianej kobiety patrzy z oburzeniem jak się żegna z jednym z tych chłopców w dosyć namiętny sposób i nic z tym nie robi.

Podsumowując: Myślę, że ten film można spokojnie pominąć, chyba że się lubi wątpliwe traktowanie kobiet (szczególnie seksworkerek) oraz więzienne awantury.

  1. Ryzykowny interes (Risky Business – 1983)

Ach, Ryzykowny interes. Film, który na dobrę rozpędził karierę aktorską Toma Cruise’a z niewiadomo jakiego powodu i który zainspirował nastolatków w całych Stanach by tańczyć w samych gaciach do Old Time Rock ‘n’ Roll. Nie kumam, dlaczego ludzie kochają ten film, dla mnie jest dziwnie zaplątany, strasznie niezręczny i nadmiar scen erotycznych z kiczowatą muzyką z pornosa naprawdę do mnie nie trafia.

Rozumiem, że Lana, seksworkerka, którą zatrudnia główny bohater, Joel, by stracić swoje dziewictwo i stać się prawdziwym mężczyzną czy coś w tym rodzaju ma być alegorią kapitalistycznej chciwości, ale… no nie wiem. W całym filmie chodzi o to, że Joel godzi się, że musi dorosnąć, poprzez to, że przemienia dom swoich rodziców na jedną noc w dom publiczny i co do tego to też nie jestem taki pewien. Pojawia się też czarnoskóra transpłciowa seksworkerka jako puenta żartu, w sensie, że ‘hurr durr chciałem się przespać z dupą a tam stoi wielki czarny facet w kiecce przed drzwiami’ i takie coś naprawdę mnie wkurza. Nie było śmieszne wtedy, a na pewno nie jest teraz. Ale wygląda na to, że chyba się opłaciło?

Podsumowując: Ten film jest bardziej niezręczny niż dziwny i obraźliwy i zdecydowanie już nie obejrzę go drugi raz, jeśli mogę temu zaradzić.

  1. Wszystkie właściwe posunięcia (All the Right Moves – 1983)

Teraz odwrotny przykład śmiesznego polskiego tytułu – tym razem dosłowne tłumaczenie nadało mu więcej znaczeń niż mniej, i chyba też jedno takie niezamierzone.

Tak czy inaczej, ten film był zaskakująco w porządku. Opowiada historię Stefa, gwiazdy futbolu w małym amerykańskim liceum, w małym amerykańskim mieście, i jego dążenie do stypendium, by dostać się do college’u. Znajdziemy tu wszystkie elementy milusiego filmu o high school’u i dorastaniu: bluzy sportowe, wymagający trenerzy, włosy na żelu, bycie chujem dla swojej dziewczyny i długie sceny rozgrywek futbolowych, których nie rozumiem i które mnie nie obchodzą.

Ale tak całkiem na poważnie, dobrą stroną tego filmu jest to, że bardzo dobrze określił swój centralny konflikt, jak się wydostać z małego miasteczka, z odpowiednimi stawkami i wykonaniem. Myślę, że jest jasno pokazane czego główni bohaterowie chcą i dlaczego, a do tego jako widzowie dostajemy jeszcze dwa rozwiązania tego problemu. Całkiem spoko.

Podsumowując: Ten film nie jest idealny, ani nie trzeba go koniecznie obejrzeć, ale dobrze opowiada swoją historię i jeśli jest się fanem opowieści o high school’u i futbolu, to czemu nie.

  1. Legenda (Legend – 1985)

Powiem tylko potężne udziska, bo to jedyne dobre co jestem w stanie w tym filmie dostrzec. I mam na myśli te od Toma Cruise’a, ponieważ nosi tutaj bardzo krótką, kusą trawiastą sukienkę czy coś w tym rodzaju, więc widać dokładnie, na co się przydają te wszystkie przysiady.

Chciałbym napisać o czym jest ten film, ale nie mam pojęcia. Jest to miszmasz wszystkich baśniowych stereotypów i oklepanych motywów, zmieszanych byle jak w bezsensowną fabułę, której jedynym osiągnięciem było to, że była wkurwiająca. Tom Cruise występuje jako Jack, człowiek lasu, czystą istotę, cokolwiek to znaczy, jest też księżniczka, elf grany przez opętane szwajcarskie dziecko, któremu głos podkładał ktoś zupełnie inny, mamy mnóstwo mistycznych stworzeń takich jak jednorożce i gobliny, niekończące się scenografie lasów i lochów, oraz klejnot koronny całego przedsięwzięcia, czyli Tim Curry grający postać Władcy Ciemności. Kumam, że jego charakteryzacja jako czerwony Szatan z wielkimi rogami oraz muzyka, która z każdym wydaniem filmu była inna, miały być przełomowe, i w końcu to jest produkcja Scotta Ridleya, ale dla mnie to było niezrozumiałe bezhołowie, zmieniające wszystko co miłe w baśniach w coś przygnębiającego i głupiego.

Podsumowując: Nie obejrzałbym tego drugi raz nawet gdyby ktoś mi za to zapłacił.

  1. Top Gun (1986)

A teraz, pièce de résistance kariery aktorskiej Toma Cruise’a – Top Gun. Że kocham ten film, to mało powiedziane.

Opowiada historię pilota marynarki Mavericka oraz jego zawiadiackiej, cwaniackiej bandzie współkadetów z wojskowej szkoły lotniczej Top Gun. Każdy z nich stara się udowodnić, że jest najlepszym pilotem, co prowadzi do wielu starć zarówno w powietrzu, jak i na lądzie. Główny bohater Maverick, jak wskazuje jego ksywa, zawsze gra według własnych zasad, czy to w sprawie pójścia do łóżka ze swoją instruktorką, czy lataniem wbrew przyjętym regułom.

Ten film ma wszystko, czego można by chcieć od wojskowego filmu akcji: fajne ksywy, fantastyczne sceny walk, eleganckie mundury oraz kultowe okulary-pilotki, nieskończenie wiele dobrych tekstów, cudowną ścieżkę dźwiękową, łącznie z hitem Danger Zone, mnóstwo patriotyzmu z czerwono-biało-niebieską flagą w tle, bardzo prostą, acz wystarczająco dramatyczną fabułę, męskiej przyjaźni co niemiara oraz śpiewanie do kobiet w barach. Choć często ludzie śmieją się z tego filmu, i słusznie, to jednak jest to też klasyka amerykańskiego kina lat 80-tych.

Szczególny śmiech powoduje to, jaki gejowski ten film jest, i ciężko się nie zgodzić. Nie wiem jak i dlaczego zdecydowali się zrobić go właśnie takim, ale niezależnie czy chodzi o przekomarzanki i droczenie się, seksualne gryzienie w swoją stronę czy najbardziej homoerotyczną rozgrywkę siatkówki plażowej jaką świat kiedykolwiek widział – niezmiernie śmiesznie jest teraz na to patrzeć i pomyśleć o tym czy wtedy po prostu tego nie widzieli, czy było im to obojętne.

Bez względu na być może niezamierzoną homoerotykę tego filmu oraz jego skrajnie propagandowy podkest, to jest to naprawdę dobrze zrobiony film, z jasną strukturą i dobrze określonymi postaciami, który chętnie się ogląda raz, drugi, trzeci. Kumam, że nie każdy jest fanem filmów akcji albo wojskowych, ale ten jest naprawdę dobry tak czy siak.

Spojler: Kiedy pierwszy raz obejrzałem ten film wiele lat temu byłem absolutnie zdewastowany tym, co się stało z Goose. Postaci w dużych filmach już nie za bardzo umierają w dzisiejszych czasach, a nawet jeśli to się odradzają w kolejnych częściach, tak że śmierć na ekranie już prawie nie ma znaczenia. Ale z Goose, nagła strata tak słodkiej postaci, to było dotkliwe. Co, tak swoją drogą, tylko dodaje temu filmowi zajebistości, że mieli jaja, by takie coś zrobić. Mimo, że to boli.

Podsumowując: Nie tylko polecam ten film – błagam, niech każdy obejrzy go choć raz.

  1. Kolor pieniędzy (The Color of Money – 1986)

Bilard i kombinowanie, dwie rzeczy, które niezbyt leżą w kręgu moich zainteresowań. Historia opowiada o Eddie’m, bilardowym kanciarzu, który przyjmuje nowego ucznia, Vince’a, którego chce nauczyć zasad swojego interesu, a przy tym zarobić trochę pieniędzy, choć ostatecznie uczeń oszukuje mistrza. To jest ten rodzaj filmu, po którym musiałem przeczytać wpis w Wikipedii, by w ogóle móc zrozumieć fabułę. Może to bardziej kwestia mnie niż samego filmu, ale osobiście było mi trudno skumać o co chodzi w tym bilardowym bełkocie i najważniejsze, jaka jest stawka.

Z drugiej strony ten film wygląda bardzo dobrze, w końcu to klasyczne dzieło Scorsese. Naprawdę lubię stylizację Eddie’ego, granego przez Paula Newmana, starego kanciarza-dżentelmena, zawsze w garniturze, oraz tę Vince’a, młodego cwaniaka z absurdalnym zaczesem i wiecznym, chełpliwym uśmieszkiem. Niektóre sceny też są fajne, tak jak kiedy Vince pokazuje na co go stać w bilardzie, na melodię Werewolves of London, ubrany w koszulkę z własnym imieniem na klacie, jak gdyby nie potrafił je zapamiętać.

Podsumowując: Na pewno klasyk, nie dla mnie, ale jak kto lubi.

  1. Koktajl (Cocktail – 1988)

Na pierwszy rzut oka ten film może się wydawać tylko tandetną, schematyczną komedią romantyczną, ale byłem naprawdę zaskoczony, że został tak źle przyjęty przez krytyków. W końcu trochę tandety nigdy nie szkodzi, a schemat nie zawsze musi być zły – wręcz przeciwnie w tym wypadku. Film opowiada historię młodego Briana Flanagana, świeżo po wyjściu z wojska, który przybywa do Nowego Jorku by zarobić milion dolarów. Znajduje pracę jako kelner, by opłacić czesne w szkole biznesowej i po drodze zdaje sobie sprawę z tego, że bycie przedsiębiorcą może wyglądać inaczej, niż się spodziewał. Ten film to słodka, śmieszna, urocza historia, z barmaństwem pokazowym i wpadającą w ucho ścieżką dźwiękową, łącznie z hitem Kokomo od The Beach Boys.

To historia trochę o dojrzewaniu, trochę o relacji ucznia z mistrzem, tym razem między wysłużonym barmanem Doug’iem Coughlin i młodym Flanaganem, ale w głównej mierze jest to, moim zdaniem, udana interpretacja amerykańskiego snu. Nie jest przełomowy ani zbyt skomplikowany, ale nie każdy film musi taki być – i gdybym miał wybrać coś, żeby obejrzeć w leniwe niedzielne popołudnie, by się wyrwać i się dobrze bawić, to wybrałbym właśnie ten. W zasadzie jest to Dirty Dancing, tylko że zamiast wywijać laskami, tutaj wywija się butelkami i drinkami. Nie mówiąc już o tym jak bardzo wszyscy wpasowują się w ducha lat 80-tych, ze swoimi białymi spodniami i idiotycznymi, kłębiącymi się koszulami. Co za kapsuła czasu!

Podsumowując: Zdecydowanie warto obejrzeć ten film, już jak tylko o nim pomyślę, to czuje się jakbym leżał w leżaku, a w ręku miał słodkiego do porzygu, tropikalnego drinka.

  1. Rain Man (1988)

Znów klasyka, i znów film który nie końca skumałem. Fabuła dotyczy dwóch braci, Charlie’ego i Raymonda, którzy dowiadują się o swoim istnieniu kiedy ich ojciec umiera i Charlie’emu – sprzedawcy samochodów/kanciarzowi – nie zostawia prawie nic, a Raymondowi – autystycznemu sawantowi, żyjącym w szpitalu psychiatrycznym – prawie cały swój majątek.

Cruise gra Charlie’ego, absolutnego drania, który ma dokładnie zero pozytywnych cech albo chociażby momentów przez większość filmu, co nie jest konieczne, by stworzyć dobrą historię, ale powoduje, że dla mnie jest trudniej się w nią wczuć. Jest przekonujący jako drań, tyle mogę powiedzieć – ale nie sprawiało mi frajdy oglądanie jego wzlotów i upadków. Raymond, grany przez Dustina Hoffmanna, jest przedstawiony bardzo przekonująco i jego występ przemówił do widzów, co jest godne pochwały. Uważam, że emocjonalny moment zwrotny był zaskakujący i bardzo hodorowaty, choć ogólnie sam film był zdecydowanie za długi i niezbyt dobry, jeśli mam być szczery. Jeden z takich filmów z rodzaju ‘nie wiem dlaczego to klasyka’.

Podsumowując: Niekoniecznie polecam ten film, chociaż niby trzeba go koniecznie obejrzeć; ale nie wiem.

  1. Urodzony 4 lipca (Born on the Fourth of July – 1989)

Bardzo długi film, co nie powinno zaskakiwać, ponieważ główna postać, oparta na prawdziwej osobie, no cóż, niejedno widziała w życiu. Historia opowiada o Ronie Kovic, który, jeśli kiedykolwiek istniała osoba, która byłaby idealnym wcieleniem amerykańskiego bohatera z lat 60-tych, to on nim był. Sportowiec, żołnierz, Chrześcijanin, dom z białym płotem, wszystko, co się da – a do tego dosłownie urodzony 4. lipca (czyli Dzień Niepodległości). Można więc zrozumieć, że z chęcią poszedł do wojska, by walczyć w Wietnamie, oczarowany ideą służenia swojej ojczyźnie i ‘zwalczaniu komunizmu’. Na miejscu jednak jest świadkiem niespodziewanego okrucieństwa i zostaje poważnie ranny, w związku z czym szybko traci wiarę w wojnę, wojsko, swoje ideały, Boga, krótko mówiąc, świat. Boryka się z zespołem stresu pourazowego, poczuciem winy i samotnością, a później depresją i alkoholizmem.

Ten film jest strasznie dotkliwy i nie wiem czy chciałbym go jeszcze raz obejrzeć, ale nie dlatego że jest zły, wręcz przeciwnie. Cruise całkowicie znika w tej roli, nie tylko dlatego że oczywiście jest stylizowany by wyglądać jak Kovic, szczególnie w jego późniejszych latach, ale też dlatego, że jego postać jest zupełnie odmienna od wszystkich cwaniaczków, których grał wcześniej. Udało mu się stworzyć przejmujący portret człowieka tak niesamowicie zmiażdżonego przez swoją rzeczywistość, aż ciężko to znieść. Prawdopodobnie pomogło, że prawdziwy Kovic dużo przebywał na planie i współtworzył scenariusz, ale sukces tego filmu to też sprawa Olivera Stone’a, który ma pasję do historii o Wietnamie oraz, oczywiście, niesamowitej gry Cruise’a.

Podsumowując: Warto obejrzeć, choć trzeba się liczyć z tym, że po seansie to, co się dzieje w Stanach może wzbudzić (jeszcze większe) oburzenie.

  1. Szybki jak błyskawica (Days of Thunder – 1990)

Kolejny film o sporcie, który mnie w ogóle nie interesuje i o którym nic nie wiem, ale niech będzie (plus, tłumaczenie tytułu nawet jest całkiem spoko i kreatywne). Tym razem poznajemy historię Cole’a Trickle, kierowcy wyścigowego, który najwyraźniej przechodzi z jednego rodzaju wyścigów na inny, na NASCAR, przy czym mu pomaga szef zespołu Harry Hogge. Pojawia się też wątek miłosny, w postaci romansu z neurochirurg Claire Lewicki, oraz przeciwnik – Rowdy Burns. Prosta koncepcja, prosta fabuła, choć i tak większości nie skumałem i musiałem później doczytać, bo było mnóstwo bełkotu. Ale to jest okej, ten film nie jest dla mnie, choć podobno jest jednym z najlepszych filmów wyścigowych w ogóle i w to akurat jestem w stanie uwierzyć.

I wszystko to by było spoko, tyle że jest w tym filmie zdecydowanie za dużo nadużyć na tle seksualnym, na przykład kiedy Cole dostaje w nagrodę za wygrany wyścig seksworkerkę. Oto jak wyglądała sytuacja: wygrał wyścig, po czym wraz ze swoim zespołem jechali swoim wielkim autokarem na następny wyścig (kto by się spodziewał, że zespoły NASCAR mają swoje własny autokary, tak jak piosenkarze na trasie koncertowej), kiedy niby ich zatrzymuje straż drogowa, ale okazuje się, że to tylko ‘ładna dziewczyna w przebraniu’. I ta właśnie dziewczyna obmacuje Cole’a i wszyscy dookoła się cieszą, i, żeby było jasne, płacenie za sekswork dla kogoś jest absolutnie spoko, tylko nie w ten sposób – Cole czuł się wyraźnie zakłopotany jej rewizją i tym, że otwierała mu rozporek, a seksualne napaści na mężczyzn to już wystarczająco problematyczna sprawa, nie trzeba do tego dodawać takich niepotrzebnych scen filmowych. Nie mówiąc już o tym, że ta mała sztuczka powoduje, że Cole napastuje lekarkę, która mu ma pomóc po wypadku – z którą swoją drogą później nawiązuje romans – sądząc, że to kolejna seksworkerka zatrudnia przez jego zespół. Wiem, że to wszystko nie jest główną częścią tego filmu, ale i tak mnie strasznie wkurzyło. Te sceny były nieprzyjemne i mierzi mnie to, że takie sytuacje są przedstawiane jako śmieszne żarty. To nie jest spoko.

Podsumowując: Może to coś dla fanów wyścigów, dla mnie – słabizna.

  1. Za horyzontem (Far and Away – 1992)

Całkiem lubię filmy historyczne, a ten był całkiem… ciekawy (plus, w końcu dobre tłumaczenie tytułu). Poznajemy młodego, biednego, irlandzkiego farmera Joseph’a Donnelly, który żyje na farmie ze swoimi braćmi i ojcem około roku 1890. Ojciec umiera i farmę spala doszczętnie Hotchner z Zabójczych umysłów, w związku z czym Joseph chce się zemścić na właścicielu ziemskim, który tak naprawdę jest odpowiedzialny za całą sytuację, Danielu Christie, który wygląda jak Zidler z Moulin Rouge!. Hotchner i Zidler znają się ze względu na to, że Hotchner jest narzeczonym córki Zidlera, Shannon. Joseph znajduje się na farmie Zidlera w wyniku swojej próby zemsty i Shannon całkiem mu się podoba, szczególnie, że ratuje go przed pojedynkiem na pistolety. Razem uciekają na statek, do Stanów, żeby dostać darmową ziemię, bo podobno tam rozdają. W końcu dobijają do brzegu w Bostonie i są przyjmowani przez irlandzkich imigrantów, dostają pokój w domu publicznym i Joseph zaczyna brać udział w walkach na gołe pięści, by zarobić na życie (co oznacza, że w filmie występuje wiele przydługawych scen walk na gołe pięści). Och, w końcu udaje im się dostać do Oklahomy, gdzie biorą udział w dramatycznym wyścigu o ziemię w roku 1893 (pokazane w również przydługawej scenie) i to tyle, 2,5 godziny z głowy.

Chyba lubię ten film. Naprawdę podobają się kostiumy, charakteryzacje i cały klimat, kolory i sama historia, to, że chodzi o branie losu we własne ręce. Wiele osób skrytykowało Toma Cruise’a za jego irlandzki akcent w tym filmie, ale muszę powiedzieć, że dla mnie nawet nie był aż tak zły. Oczywiście dużo mu brakuje do perfekcji, ale jeśli Ron Howard chciał przedstawić bardziej autentyczną postać, to trzeba było albo zatrudnić irlandzkiego aktora, albo zagwarantować temu, którego wybrał, więcej lekcji wymowy. Tak czy inaczej, film jest spoko, jedyne co mi się nie podoba to nużące sceny walk i wyścigów, i to, że ktokolwiek sądził, iż Joseph może zmusić konia do posłuszeństwa prawym sierpowym w chrapy. Bardziej w tym filmie niż nieudane akcenty przeszkadzało mi znęcanie się nad zwierzętami oraz nieudolne jeździectwo, ale co tam, to tylko moje zdanie.

Podsumowując: Fanom historycznych filmów pewnie się spodoba.

  1. Ludzie honoru (A Few Good Men – 1992)

Już rzucałem francuskimi hasłami, a tu kolejne: chef-d’œuvre, arcydzieło, ponieważ ten film właśnie nim jest.

Opowiada historię o rozprawie w sądzie wojennym dwóch żołnierzy osądzonych o morderstwo na ich koledze z kompanii. Znajdziemy tu pełno dramatyzmu i konfliktów, pułkowników i poruczników, niesamowite zwroty akcji i niezwykłą grę aktorską. Scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej i to widać, po tym jak lokalizacje się powtarzają i jak się rozwija fabuła, ale w tym przypadku wydaje mi się, że jest to na plus.

W sercu historii mamy Dana Kaffee, niezbyt zachwyconego, acz cwaniakowatego prawnika z kompleksem tatusia, granego przez Toma Cruise’a; następnie podporucznik komandor Galloway, również prawniczkę, tyle że jest hej-do-przodu idealistką, graną przez Demi Moore; oraz Sama Weinberg, malkontenta i pesymistę, kolejnego prawnika w zespole, granego przez Kevina Pollacka. Ich trójka świetnie przedstawia poszczególne poglądy, które film oferuje widzom.

Po drugiej stronie jest pułkownik Jessup, znakomicie wredny skurwiel, grany przez Jacka Nicholsona; jego prawa ręka, porucznik-chuj Jon Kendrick, grany przez Kiefer Sutherlanda; oraz kapitan Jack Ross, po stronie prokuratury, który wierzy w bycie prawnikiem bez pasji oraz uprzedzeń, grany przez Kevina Bacona. Do całości brakuje tylko dwóch oskarżonych, młodszego kaprala Dawson’a oraz starszego szeregowego Downey’a, granych przez Wolfganga Bodison oraz Jamesa Marshalla.

Historia opowiada o rozprawie i dochodzeniu w sprawie morderstwa na szeregowym Santiago, i sposób w jaki fabuła się krok po kroku rozwiązuje, kiedy my, widzowie, w tym czasie co obrona dowiadujemy się nowych informacji, po prostu zapiera dech. Nic nie dzieje się za wcześnie albo za późno, wszystko jest zaplanowane dokładnie tak, jak trzeba, nie ma ani jednej nudnej chwili i gdyby tego było mało każdy występ i każdy wybrany aktor po prostu nie mają sobie równych. Szczególnie podoba mi się przemiana Kaffee’ego, z nieczułego cwaniaka w kogoś, kogo naprawdę obchodzi bieżąca sprawa, wszystkie rzeczy, które robi, jego gesty i ruchy, reakcje i pytania, i to jak coraz bardziej angażuje się w śledztwo.

Jest tyle wspaniałych chwil, tekstów i sytuacji w tym filmie, nie mówiąc już o doskonałych kostiumach, że nie mogę tego inaczej nazwać niż arcydziełem. To jest jeden z tych filmów, który bardzo chciałbym móc obejrzeć jeszcze raz po raz pierwszy, bo choć nawet po 50-tym obejrzeniu nadal jest urzekający, to już nigdy nie przeżyję tego samego zachwytu poznawania tej historii. Oj, a bardzo bym chciał. Na pierwszy rzut oka to się wydaje być zwykłym dramatem sądowym, ale wszystko, z czego się składa, gwiazdorska obsada, nadzwyczajny scenariusz, genialna gra aktorska, powoduje, że ta historia to więcej niż tylko film. Po prostu rewelacja.

Podsumowując: Jeśli ktokolwiek planuje obejrzeć tylko jeden film z tej listy, to niech to będzie ten. Bardzo, bardzo, bardzo polecam. To na pewno jest mój ulubiony film z Tomem Cruise’em, jeśli nie jeden z moich ulubionych filmów w ogóle.

  1. Firma (The Firm – 1993)

To ekranizacja powieści Johna Grishama o tym samym tytule i jest dokładnie tym, czego się można spodziewać: wolno rozwijającym się dramatem prawniczym, z odpowiednią dawką suspensu i grozy. Prowadzenie kamery też było dosyć ciekawe, a gra aktorska na poziomie, więc nie mogę na to narzekać. Poznajemy Mitch’a McDeere, który kończy z wyróżnieniem Harvard Law School i przyjmuje ofertę pracy w firmie – tej Firmie – która okazuje się być klasycznym przykładem czegoś, co jest zbyt piękne by było prawdziwe. Jego żona, Abby, od razu ma wątpliwości co to tego całego interesu i jej mąż powinien był jej posłuchać; ale tego nie robi, w związku z czym razem z nim wpadamy w spiralę coraz bardziej skomplikowanych i przerażających wydarzeń, pełnych złowieszczych postaci i chciwych zdrajców. Ostatecznie cała intryga jest dosyć prosta, ale chwilę zajmuje, żeby ogarnąć sytuację i znaleźć rozwiązanie.

Ten film mnie ujął, bo ma zdecydowanie inny styl niż inne filmy, które znam, nie mówiąc o tym, że Tom Cruise znów całkowicie zniknął w tej roli, choć wyglądał bardzo podobnie do siebie. Ale ma dar wcielania się w postaci tak, że zapomina się o bohaterze akcji, jakim jest dzisiaj, nie wspominając o jego innych wyróżniających cechach i muszę powiedzieć – jestem pod wrażeniem. Kiedy kręcił ten film miał też już 31 lat i zupełnie na tyle nie wyglądał. Przy okazji tej produkcji miał też okazję pochwalić się swoim sportowym talentem, robiąc salta do tyłu i takie tam, i wisząc przez dość długą chwilę na rurze.

Podsumowując: Wszyscy fani dramatów prawniczych z dużą ilością suspensu polubią ten film, i ja go też polubiłem.

  1. Wywiad z wampirem (Interview with the Vampire – 1994)

Wywiad naprawdę udowadnia, jak wspierać środowisko LGBT+ – nawet dwóch ojców może być w toksycznym, dysfunkcyjnym związku! Film opowiada historię wampira Lestata, granego przez Cruise’a, który zmienia bogatego właściciela plantacji, Louis, który stracił wszelką ochotę na życie, granego przez Brada Pitta, również w wampira. Od tego momentu spędzają czas razem, z czego Louis nie do końca jest zadowolony, ponieważ nie chce bezlitośnie zabijać, tak jak robi to Lestat. Aby uratować ich związek Lestat zmienia też małą dziewczynkę, w efekcie czyniąc z niej ich córkę (bo wiadomo, że najlepszym lekarstwem na rozpadający się związek to wspólne dziecko). Reszta filmu przedstawia to, jak Louis radzi sobie ze swoim wampiryzmem i jego nieśmiertelnym okrucieństwem, co jest przeplatane kilkoma scenami współczesnego San Francisco, w których Louis opowiada całą historię dziennikarzowi, stąd tytuł filmu.

To ciekawa historia, zdecydowanie nie tak krwawa i straszna jak wskazuje oznaczenie go jako ‘gotycki horror’. Nadal dobrze się go ogląda, co jest dość zaskakujące, też ze względu na efekty specjalne (powiem tylko mechaniczny Tom Cruise, ale nie sposób to dostrzec, jeśli nie wie się o tym wcześniej), choć niektóre sceny są tak absurdalne, że nie mogłem powstrzymać śmiechu. Szczególnie na początku, kiedy Lestat pojawia się po raz pierwszy, z niewiadomo jakiego powodu lewituje i rzuca naprawdę kiepskimi tekstami. Poza tym wampiry w tym filmie są całkiem dobrze zaprojektowane, Lestat jako okrutny, bezwzględny morderca, z aroganckim śmiechem i niekończącym się sarkazmem, Louis jako smutny, zdruzgotany, straumatyzowany protagonista, oraz Claudia, dziewczynka, jako bezlitosna obiecująca morderczyni, na zawsze uwięziona w ciele dziecka. Niektóre sceny są naprawdę długie i działają dobrze, jak moment kiedy Lestat i Louis uwodzą kilka kobiet i kłócą się, kto ma je zabić, a niektóre nie działają, tak jak scena w Théâtre des Vampires, gdzie paryskie wampiry robią przedstawienie dla ludzi, by ukryć swój wampiryzm, która to scena jest… bardzo, bardzo długa. Ogólnie film jest spoko, co najbardziej mnie zszokowało to ile Zmierzch pożyczył, a w zasadzie skopiował z tego świata, o czym wcześniej nie wiedziałem. Już nie wspominając o tym, że nie ma filmu, który byłby bardziej homoerotyczny bez jednoznacznych scen – no cóż, oprócz Top Gun, ma się rozumieć.

Podsumowując: Fajny kostiumowy horror bez nadmiernej grozy ani krwi – polecam!

  1. Mission: Impossible (1996)

Cudny, kultowy i dla mnie początkiem tego całego projektu. Pierwsza część rebootu Mission: Impossible wprowadza postać Ethana Hunt, niesfornego cwaniaka-agenta, i pierwszą misję, przy której mu towarzyszymy, która przedstawia wszystkie elementy, bez których nie byłoby tej serii: idealne gumowe maski, wyrzekanie się, ‘Twoja misja, jeśli zaakceptujesz’, zajebiste sceny akcji i mnóstwo bieganiny. McGuffin wokół którego kręci się ta historia to lista NOC, spis tajnych agentów, która dostała się w obce ręce. W wyniku tych czy innych okoliczności Ethan musi najpierw ukraść, a potem odzyskać tę listę, co czyni poprzez szereg sekwencji kaskaderskich, z czego niektóre są nadal fajne, a niektóre wyglądają śmiesznie na dzisiejsze standardy. Oprócz tego w filmie jest pełno psot i dramatyzmu i jak dla mnie jest to idealna pierwsza część tej wspaniałej serii.

Oczywiście M:I 1 jest dalekie od tego, czym ta seria później się stanie, ale tak czy inaczej, ma swój urok. Nie ma w niej tyle akcji ile w następnych częściach, ale niektóre sceny serio miło się ogląda, raz, drugi i szesnasty. Na przykład scena w praskiej kawiarni z Kittrige’em, z widowiskową sztuczką ze zbiornikiem na wodę. Następnie, oczywiście, napad w Langley, w kultowym białym pomieszczeniu i Cruise’em wiszącym na kablach z sufitu. I na koniec, mój osobisty faworyt, sztuczka kuglarska, dzięki której Hunt wykręca się niezłym blefem z kłótni. Po prostu magiczne. Lubię też kadry w tym filmie, wszystkie dramatyczne, krzywe ujęcia i zbliżenia, i ogólny emocjonujący klimat.

Podsumowując: Być może są lepsze filmy szpiegowskie niż ten, ale na pewno nie ma lepszej serii szpiegowskiej – a ta część ma w sobie pełno nostalgii i uroku, więc zdecydowanie polecam.

  1. Jerry Maguire (1996)

Na początku w ogóle mi się ten film nie podobał, ale potem się do niego przekonałem. Kolejny film sportowy, choć tym razem Cruise gra agenta sportowego, i to całkiem śliskiego. Nie chodzi jednak tylko o sport w tej historii, bo to też komedia romantyczna, ale też dramat, a przede wszystkim jest to osobista podróż głównego bohatera od zuchwałego agenta-cwaniaka do rodzinnego człowieka. Jerry Maguire, bo tak się nazywa główny bohater, przeżywa olśnienie, że jego firma powinna opiekować się mniejszą ilością sportowców za mniej pieniędzy, po tym jak kolejny raz jeden z jego klientów ląduje w szpitalu, co, nic dziwnego, powoduje, że go wywalają z pracy. Próbuje stanąć na własnych nogach i ciągnie za sobą dziewczynę o imieniu Dorothy i jej syna (granego przez Jonathana Lipnickiego, czyli tego dzieciaka ze Stuarta Malutkiego, czyli najbardziej idealnego dzieciaka lat 90-tych) oraz jedyną osobę poza nimi gotowego go wspierać, swojego klienta Roda Tidwella, granego w przekomiczny sposób przez Cuba Gooding Jr..

Ten film jest całkiem kultowy, o ile wiem, i z jakiegoś powodu ma ograniczenie od 17 lat, czego nie do końca kumam. W sensie, jest tam trochę jakby-nagości, i trochę przekleństw, ale do cholery. W porównaniu z tym ile przemocy jest w filmach dozwolonych od 13 lat, Jerry Maguire wydaje się być wręcz niewinny. Ale to nieistotne w sumie, ważne jest to, że w tym filmie jest masa świetnych tekstów, ‘Pokaż mi szmal’ i takie tam (serio, tłumaczu, ‘hajs’ to nagle złe słowo czy coś? Szmal, serio? Chyba że to kwestia wersji napisów, którą znalazłem, ale do cholery jasnej). W jakimś sensie kumam, dlaczego był popularny, jest bardzo typowy dla lat 90-tych i koniec końców to nie jest zły film. Nie wiem czy przemówiłby do dzisiejszych widzów, którzy być może nie znają wybujałości i kiczu filmów z tamtych lat, ale ogólnie to nie jest zła propozycja.

Podsumowując: Poleciłbym, ale bez nadmiernych oczekiwań.

  1. Oczy szeroko zamknięte (Eyes Wide Shut – 1999)

Jeśli chodzi o artystyczne filmy, to ten nawet dało się znieść, choć był okropnie wolny i długi, z powodu mnóstwa nieruchomych kontrplanów i przydługawych ujęć z jazdy, nie mówiąc już o tych wszystkich rozmowach gdzie żaden uczestnik się nie spieszył, by przejść do rzeczy. Historia opowiada o Dr. Hartfordzie, który wyrusza na nocną wyprawę po mieście, po tym jak doznaje szoku życia, że tak, kobiety, nawet te zamężne, nawet jego własna żona, posiadają popęd seksualny wykraczający poza zatwierdzone przez Kościół rozmnażanie, do którego były redukowane przez stulecia. Mówiąc inaczej, po imprezie i wspólnym zjaraniu się żona doktora opowiada mu o swoich fantazjach, w których go zdradza z oficerem marynarki, co powoduje, że biedny doktorek traci grunt pod nogami, biega nocą po mieście, starając się zatrudnić prostytutkę i wbić na ekstrawagancką seks-imprezę.

Zakładam, że jest wiele motywów, które można wyodrębnić z tego filmu i przedyskutować, o różnych rodzajach kobiecej seksualności, o klasach i normach społecznych i jak się z nich wyrwać; o samym tytule, o tym jak decydujemy się odwracać wzrok od trudnych sytuacji, trzymając je “szeroko zamknięte”; ale jako filmowe przeżycie, to mnie to nie przekonało. Muzyka zrobiła całą robotę, bo była upiorna i budziła grozę, co było dobrze zrobione. Podobały mi się scenografie, imprezy, miasto nocą, to, jak bawiono się światłem i tak dalej. Czytałem opinie, że to nie jest klasyczny film Kubricka pod kątem tego jak został wykonany i jak ostatecznie wygląda, ale nie umiem tego stwierdzić. Nikt tak naprawdę nie może, bo reżyser niestety zmarł kilka dni po ukończeniu swojej finalnej wersji, która potem była jeszcze przed dystrybucją w jakiś sposób zmieniana.

Podsumowując: Nie muszę tego oglądać drugi raz, choć z jakiegoś powodu jest to ważny film w kontekście kinematografii.

  1. Magnolia (1999)

W 1999 roku wyszedł jeszcze jeden bardzo długi film z Tomem Cruise’em, tym razem film wielowątkowy. Zawsze przy takich ciężko stwierdzić o co w zasadzie chodzi, w sensie jaka jest główna fabuła, ponieważ jest tyle splecionych ze sobą historii. Wszystkie są ze sobą w pewien sposób połączone, ale żeby zrozumieć, co się dzieje, trzeba zobaczyć każdy wątek z osobna. Tak czy inaczej, postaram się to opisać najlepiej jak potrafię. Głównym motywem filmu jest przypadek i przebaczenie, czy przynajmniej staranie się o przebaczenie, i pojawia się nieudolny policjant, który zakochuje się w podejrzanej/narkomance; gospodarz teleturnieju, który ma nieoczekiwanie mroczną przeszłość, pije i nienawidzi swojego życia; jest żona-trofeum, która dopiero, gdy jej bogaty, stary mąż umiera, zdaje sobie sprawę z tego, że go kocha; pielęgniarz, który się tym właśnie starym dziadem opiekuje i próbuje skontaktować się z jego synem, z którym nie ma kontaktu; ów syn, który jest mizoginicznym, odrażającym trenerem uwodzenia z kompleksem tatusia; dziecko biorące udział we wspomnianym już teleturnieju, które ma na sobie zbyt dużo presji i jest zmuszane do osiągania sukcesu; takie rzeczy.

Dla mnie swoją grą aktorską wyróżnili się John C. Reilly jako nieudolny policjant, Philip Seymour Hoffman jako życzliwy pielęgniarz oraz, no cóż, Cruise, jako absolutnie szalony, obrzydliwy guru podrywaczy, którego zagrał zaskakująco trafnie. Wszystkie występy były dobre i motyw przewodni był dobrze przedstawiony i tak dalej, ale ten film jest po prostu przygnębiający. Nie było żadnego szczególnego wątku, na który bym się cieszył i muzyka wydawała mi się chwilami niestosownie wesoła. Było wiele rozdzierających serce zwrotów i zawikłań, i życie naprawdę czasem takie jest po prostu, ale kurde, nie wiem czy muszę to jeszcze oglądać w tej postaci.

Spojler: Ten film był w porządku, nawet jeśli był zbyt długi jak dla mnie, ale potem na koniec żaby zaczęły spadać z nieba i to już było za dużo. Ja pierdolę, jakie to było głupie. Było dobrze nakręcone i zagrane, reakcje wszystkich postaci i wolne narastanie do tego nagłego absurdu, ale do cholery. Bardzo dziwne i niezadowalające zakończenie.

Podsumowując: Ja jestem na nie, choć zazwyczaj lubię takie wielowątkowe historie.

  1. Mission: Impossible 2 (2000)

Wielu zdaje się nie lubić drugiej części tej serii, z powodu jej wyrazistej ‘John-Woo-ności’, na to wychodzi, ale mi się ten film nawet całkiem podoba. Tym razem McGuffinem jest bardzo silna broń biologiczna, Chimera, i poznajemy też agenta-zdrajcę, Sean’a Ambrose, który ma bardzo słodki szkocki akcent. Ethan musi zwerbować złodziejkę, byłą dziewczynę Ambrose’a, by móc złoczyńcę pokonać. Pełno tu popisów kaskaderskich i kiczowatych ujęć, ale hej – w końcu to były lata 2000.

Niektóre sceny mi się podobały, przykładowo jak Ethan na początku uprawia wspinaczkę w stylu free solo w górach w Utah, co prawdopodobnie jest czymś, czym Ethan zajmowałby się w swoim wolnym czasie. Potem, rekrutacja złodziejki, Nyah, w postaci bardzo eleganckiego rabunku. Lubię też rockową wersję wejściówki, którą dużo osób podobno też nienawidziło, w wykonaniu Limp Bizkit. Generalnie, tak, jest tu trochę tandety i kiczu, jak strzelanie z dwóch pistoletów naraz na tle wybuchu, z gołębiem przelatującym przez płomienie, ale naprawdę nie jest tak źle jak niektórzy twierdzą. Poza tym ta część zdecydowanie różni się od pierwszej, jest czymś całkowicie odmiennym, i to akurat w tym filmie cenię.

Spojler: Pojawiła się też jedna wymiana zdań, która mi się szczególnie podobała, ze względu na dramatyzm i napięcie całej sytuacji: “Czy poczułabyś się lepiej wiedząc, że mi się to nie podoba?” – “Tak, o wiele!” – “Więc poczuj się lepiej!” Ach, jak miło.

Podsumowując: Być może to kicz, ale i tak polecam.

  1. Stanley Kubrick: Życie w obrazach (Stanley Kubrick: A Life in Pictures – 2001)

Jakoś nigdy nie byłem superfanem Stanley’a, ale i tak obejrzałem ten dokument z otwartą głową i muszę powiedzieć, że był ciekawy. Cruise był narratorem i oczywiście opowiadał o Oczach szeroko zamkniętych, i ogólnie cały ten film był miłym hołdem dla kariery Kubricka i każdego jego filmów z osobna, z odrobiną osobistych informacji w tle. Kubrick był fascynującą postacią i muszę powiedzieć, że kiedy zobaczyłem wszystkie jego filmy jeden obok drugiego, z możliwością zerknięcia za kulisy, to aż mam ochotę je obejrzeć. Sam film dokumentalny był dobrze zrobiony i nie mogę powiedzieć, że to była strata czasu.

Podsumowując: Do obejrzenia dla fanów Stanleya, a dla reszty – i tak było ciekawe.

  1. Vanilla Sky (2001)

To znów jeden z tych filmów, po którym musiałem przeczytać wpis na Wikipedii, mimo, że jedna z postaci opowiada całą fabułę pod koniec, ale nawet to niezbyt pomogło. No więc chodzi o kolesia, który ze względu na pechowe okoliczności staje się zniekształcony i samotny, więc zatrudnia futurystyczną krio-firmę, żeby go zamrozili, aż technologia przyszłości pozwoli na dosłowne zachowanie jego twarzy. W czasie spoczynku w komorze wywołują u niego świadomy sen, w którym ma idealne życie z piękną dziewczyną. Coś jednak nie działa w pewnym momencie, jest usterka, i jego sen zamienia się koszmar, który powoduje, że w ogóle sobie zdaje sprawę, że w nim jest.

Całkiem to proste, co nie? Cóż, gdyby tylko sam film mógł taki być. A tak jak jest teraz to jest to chaotyczna plątanina wydarzeń, snów i rzeczywistości, przeplatane sesjami u terapeuty i Tomem Cruise’em w niepokojącej, białej masce. Dialogi też są dziwne, ciężko zrozumieć, o co chodzi i prawdę mówiąc, nie mogłem się doczekać, aż ten film się skończy. Cameron Diaz gra bardzo przekonującą wariatkę, tyle mogę powiedzieć, ale poza tym nie było żadnych ciekawych postaci, ani nic ciekawego się nie działo. Może to po prostu nie jest film dla mnie, albo może po prostu serio jest słaby.

Podsumowując: Nie polecam tego filmu, nawet nie mam jak zażartować dlaczego.

  1.  Space Station 3D (2002)

Kolejny film dokumentalny, drugi z kolei gdzie Cruise jest narratorem. Nie jestem wielkim fanem kosmosu, badania kosmosu albo działania Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale hej, to był całkiem spoko film, krótki i milusi, i pełen nowych informacji. Ujęcia z kosmosu musiały wyglądać niesamowcie w IMAX 3D, do czego ten film był przeznaczony, a nie na ekran smartfona w czasie podróży pociągiem. Jedyne, co mnie drażniło to to, że momentami grała dziwnie tandetna muzyka z pornola albo windy, ciężko stwierdzić, ale poza tym, całkiem okej.

Podsumowując: Pewnie warto obejrzeć, jeśli jest się zainteresowanym kosmosem albo MSK.

  1. Raport mniejszości (Minority Report – 2002)

Pamiętam, że kiedy widziałem ten film po raz pierwszy wiele lat temu, to byłem dosyć pod wrażeniem. Zwroty akcji i dramatyczny (acz momentami względnie zagmatwany) suspens w tym filmie to naprawdę coś wyjątkowego. W świecie, do którego wkraczamy, został utworzony program policyjny o nazwie ‘Przedstępstwo’ (i to jest, kurde, fantastyczne tłumaczenie!), które opiera się na trzech jasnowidzach, zwanych Prekogami, którzy potrafią przewidzieć przyszłe przestępstwa. Na podstawie tych informacji policja aresztuje ludzi zanim mogą dopuścić się zabójstw – co na pierwszy rzut oka wygląda całkiem wspaniale, ale niesie ze sobą srogie konsekwencje, szczególnie kiedy następnym oskarżonym wywołanym przez jasnowidzów jest szef Przedstępstwa, John Anderton. On oczywiście nie ma zamiaru nikogo zabić ani zostać za to ukaranym, więc musi znaleźć sposób, by pozostać na wolności.

Ten film porusza wiele tematów, czasem dosyć bezpośrednio, poprzez filozoficzne wymiany zdań, a czasem bardziej subtelnie, na przykład poprzez przedstawienie karykaturalnie ekstremalnej wersji kapitalizmu. Pojawiają się dyskusje o determinizmie i wolnej woli, o tym, co to znaczy być człowiekiem, o uzależnieniu i przetrwaniu wbrew systemowi. Został nakręcony w ekspercki sposób i zdecydowanie trzyma w napięciu. Za drugim razem już nie był aż tak spektakularny dla mnie, też dlatego, że niektóre efekty specjalnie dosyć słabo się zestarzały, tak jak ciekawa, acz dziś nieco komiczna wersja kluchokształtnych samochodów jadących po autostradach-taśmociągach. Tak czy inaczej, ten film to bardzo udana mieszanka akcji oraz intelektualnej rozrywki, z odpowiednią dawką dramatyzmu.

Podsumowując: Zdecydowanie polecam, kawał dobrego filmu.

  1. Austin Powers i Złoty Członek (Austin Powers in Goldmember – 2002)

Nienawidzę tego w sobie, że nie mogę po prostu obejrzeć kontynuacji czegoś, tylko muszę obejrzeć całość. I tylko żeby obejrzeć 3-minutowy występ gościnny Toma Cruise’a w trzeciej części serii Austin Powers, musiałem przebrnąć przez część pierwszą i drugą, no i potem już całą trzecią też obejrzałem.

Ale to była serio droga przez mękę. Te filmy są tak nieśmieszne, że aż boli, i jedyne co mogę w nich docenić to to, że mają na tyle przyzwoitości, że nie trwają zbyt długo. Fabuły są dość proste, stereotypowe szpiegowskie gówno, Austin Powers jest zarozumiałym, maczo-superagentem, złoczyńca nazywa się Doktor Zło, dzieją się wybryki i to by było na tyle. Jedyne co wywołało u mnie uśmiech to scena u Jerry’ego Springera w drugiej części, gdzie znów film poruszył relację między Doktorem Złem i jego synem Scottem, oraz to, że Doktor Zło cytuje ‘Pokaż mi szmal!’ od Jerry’ego Maguire, no bo później Tom Cruise też tam występuje. No cóż, i to że opiekun Austina w CIA nazywa się Basil Exposition i jest grany przez profesora Ashera Fleminga z Kochanych kłopotów. Poza tym ten film to same nieśmieszne żarty o seksie, od włosów na klacie w kształcie penisa, aż po cienie wyglądające jak penisy, no a od czasu do czasu wrzucili też żart o kupie, tak na wszelki wypadek chyba. Co dziwne, nikt nie przeklina, ale jest wiele momentów burzących czwartą ścianę, niezrozumiałe taneczne przerwy i tranzycje między scenami za pomocą nagrań ze sceny dźwiękowej rodem z lat 60-tych, więc cholera wie, tak naprawdę.

Niektóre rzeczy ten film jednak zrobił dobrze, i jest to ścieżka dźwiękowa, która jest zaskakująco w porządku, oraz bardzo dobrze zaprojektowane kostiumy i scenografie. Postaci są bardzo kolorowe i dobrze zaprojektowane, bardzo wyraziste i z własnym charakterem; scenografia wygląda fajnie i kolorowo i również jakby były dobrze zaprojektowane, co pewnie jest powodem tego, że po 20 latach nadal wyglądają spoko. Występ Toma Cruise’a nie ma absolutnie żadnego znaczenia i nie warto obejrzeć te filmy tylko po to, ale już trudno. Kolejną niezrozumiałą rzeczą dla mnie było to, że Beyoncé zagrała główną postać w trzeciej części, co wydaje mi się czymś zgoła poniżej jej godności, szczególnie, że trzecia część jest najsłabsza jeśli chodzi o fabułę. Ogólnie co chcę przez to wszystko powiedzieć to to, że bardzo się cieszyłem kiedy ta filmowa i popkulturowa wycieczka nareszcie dobiegła końca.

Podsumowując: Lubię nieprzyzwoity humor, a i tak nie znoszę tej serii. Polecam oszczędzić sobie tego żenującego seansu.

  1. Ostatni samuraj (The Last Samurai – 2003)

Teraz czas na prawdziwie epicką historię – zapierająca dech w piersiach, acz dosyć wyidealizowana opowieść o starej Japonii, wojownikach i honorze. Poznajemy Nathan’a Algren, gderliwego kapitana z zespołem stresu pourazowego, który próbuje zatopić w whiskey swoje wyrzuty sumienia z powodu swojego udziału w wybijaniu Indian. Znajduje go jego były dowódca i przedstawia go Omurze, politykowi i przedsiębiorcy, który chce, by Algren wytrenował Cesarską Armię Japońską, by mogła pokonać buntowniczego samuraja Katsumoto. Algren się zgadza, wszyscy jadą do Japonii i trenują, jednak w jednej z potyczek ze swoim domniemanym wrogiem Algren zostaje pojmany. Dzięki swojej silnej woli i wytrwałości oszczędzają jego życie i Algren żyje jako gość w wiosce Katsumoto, w której trenuje i walczy i doznaje olśnienia, oraz, co najważniejsze, trochę spokoju.

Można z pewnością wiele o tym filmie powiedzieć, że gloryfikuje samurajów, mimo że niekoniecznie byli tak walecznymi rycerzami jak Zachód to lubi sobie wyobrażać, i oczywiście kompleks białego zbawiciela głównej postaci, ponieważ tylko kiedy kolonizator postanawia wkroczyć do akcji uciemiężeni w ogóle mają szansę na jakkolwiek równą walkę. To słuszna krytyka, ale chcę się skupić na pozytywach, bo ich też jest dużo.

Po pierwsze, ten film jest pięknie nakręcony. Po 20 latach nadal wygląda dobrze, większość efektów było praktycznych i to po prostu widać. Nie mówiąc już o świetnym występie Cruise’a, nie tylko w kontekście jego gry aktorskiej, ale też fizycznego aspektu jego roli, w końcu trenował bez końca by móc sprawnie posługiwać się mieczami samurajskimi. Ale nie tylko on zrobił dobrą robotę, wszystkie występy w tym filmie były wspaniałe, i bardzo doceniam to, że wszystkie japońskie postaci naprawdę rozmawiały ze sobą po japońsku. Oprócz tego fabuła jest dobrze opowiedziana, dobrze napisana, z przejrzystą strukturą z dużą dawką dramatyzmu i Wielkich Decyzji. Trochę rozrywki też było, i dużo epickiego patosu. Podoba mi się też to, że zawarli w tym filmie wiele obelg oraz ignorancji, ponieważ mimo, że niemiło się tego słucha, to jednak są one elementami przedstawionej epoki, pomagają określić postaci, okres i późniejszą przemianę, i po prostu są czymś, z czym należy umieć się rozprawić.

Następnie, a dla mnie w sumie najważniejsza rzecz i to co mi się w tym filmie najbardziej podobało, to to, że jest idealną nauczką w kontekście interkulturowej komunikacji. Pokazuje prostackiego osła, który myśli, że pozjadał wszystkie rozumy, i że jego porywacze to zwykłe dzikusy. Wiem, to bardzo przypomina Kolorowy wiatr, ale to jak zostało to przedstawione w tym filmie jest po prostu piękne. Subtelne zmiany, to jak Algren zauważa, że powinien w pomieszczeniach zdjąć buty, jak krok po kroku uczy się zwyczajów i się nimi interesuje, jego rozmowy z Katsumoto – to wszystko cudownie pokazuje rolę empatii i słuchania w procesie poznawania innych kultur.

Spojler: W tym filmie też jest masę fantastycznych tekstów, przesycone patosem jak sam film: “Każdy musi robić to, co powinien… aż pozna swoje przeznaczenie.” Ach, cudnie.

Podsumowując: Polecam ten film, ze względu na walki, epickość i dramatyczną chwałę, jakie ten film przedstawia.

  1. Zakładnik (Collateral – 2004)

Collateral – słowo, które lubię (choć tłumaczenie tego tytułu też może być) – i ten film też jest całkiem dobry. Poznajemy taksówkarza Maxa z LA podczas jego nocnej zmiany, która jest raczej spokojna, dopóki nie zabiera ze sobą Vincenta – srebrnego lisa, być może biznesmena, który zdaje się mieć niesamowicie obojętną postawę. Na pierwszym postoju tej nocy Vincent okazuje się jednak być kimś zupełnie nieoczekiwanym – płatnym zabójcą z listą zadań do wykonania. Od tego momentu Max staje się jego zakładnikiem i zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, co zmusza go do przemyślenia wszystkiego co wie o życiu, świecie i sobie samym.

To jest świetny film sensacyjny z gatunku neo-noir, z ciekawymi ujęciami i dobrą grą aktorską, a szczególnie wyróżnia się postać Vincenta. Cruise wspaniale wciela się w rolę tego srebrnego lisa i można by pomyśleć, że koleś z siwymi włosami w srebrnym garniturze wzbudzałby więcej uwagi, ale jego bezwzględne, subtelne zachowanie powoduje, że łatwo mu jest wtopić się w tłum (co Cruise też trenował, udając kierowcę UPSa, by przygotować się do tej roli). Wychodzi na to, że Cruise analizował lwy na potrzeby roli Lestata, by móc przenieść groźne ruchy tych zwierząt na wampiry, co wraz z jego wieloletnim treningiem wojskowo-szpiegowskim bardzo uwydatnia się w tym filmie, bo Vincent jest po prostu drapieżny. Jego relacja z Maxem też jest ciekawa – oczywiście jest antagonistą, ale pomaga też Maxowi, zmusza go by był bardziej otwarty na nowe doświadczenia i podjął decyzje, które polepszą jego życie. Tak naprawdę Vincent niekoniecznie uważa się za złoczyńcę. Nie ma jako tako przyczyny dla której zabija, po prostu jest kim jest, ani zły, ani dobry, tylko wykonuje swoją robotę. To jest w ogóle motyw przewodni tego filmu, że czasem rzeczy po prostu się dzieją – że czasem jest się zakładnikiem w historiach innych ludzi, albo ich przypadkową ofiarą. Jak tak pomyślę, to Vincent to trochę taki amerykański Wiedźmin w stylu neo-noir – i ten gość też miał srebrne włosy.

Podsumowując: Zdecydowanie polecam, bardzo dobrze zrobiony i wciągający.

  1. Wojna światów (War of the Worlds – 2005)

Jest mało światów przedstawionych, które bym bardziej nienawidził niż ten z Wojny światów; to w ogóle do mnie nie trafia, wiem, że to klasyka starego sci-fi, ale kurde. Za to ten film jest całkiem spoko. Ta iteracja jest trochę inna od tekstu źródłowego i całkowicie odłączona od interpretacji Orsona Wellesa, cała akcja została przeniesiona do Stanów i skupia się na dokerze o imieniu Ray i jego rodzinie, i to jak próbują przetrwać tytułową wojnę, spowodowaną przez usiłowany atak kosmitów na ziemię. Kosmitów, którzy poruszają się w swoich tripodach, tych znanych, wielkich meduzowatych maszynach

Spielberg dobrze zajął się tą historią, jakkolwiek bym tego uniwersum nie lubił, i pozbył się z niego aspektu radiowego. To opowieść samej inwazji kosmitów i jak mieszkańcy Wschodniego Wybrzeża sobie z nią radzą. Ray, grany przez Cruise’a, nie jest zbyt dobrym ojcem dla swoich dzieci, którymi akurat się musi opiekować kiedy zrywa się burza, więc próbuje im znaleźć bezpieczne miejsce. Ten film jest dosyć długi i nie, żebym jakoś się cieszył, że go będę oglądał, ale co w nim doceniam, w przeciwieństwie do nowej Godzilli (2014) na przykład, która jest podobnym filmem akcji o nadprzyrodzonych siłach, to to, że w Wojnie fabuła serio się liczy. Przedstawione relacje i konflikty rodzinne są najciekawszą częścią filmu, i mimo, że efekty specjalne tripodów wyglądały jak na swoje czasy całkiem w porządku (choć momentami wyglądają jakby były z gumy) to głównymi elementami trzymającymi w napięciu są przetrwanie rodziny oraz emocjonalne zaangażowanie w ich problemy, nie stworzone przez komputery potwory. Oprócz tego prowadzenie kamery było wyjątkowo udane i szczególnie gra światłem w ciemniejszych scenach, to był kawał dobrej sztuki kinematograficznej.

Spojler: Na początku ten film nie za bardzo mnie wciągnął, w końcu byłem lekko uprzedzony, ale pierwsze kilka scen też po prostu się dłuży, aż do sceny morderstwa w piwnicy. Cholera, było warto obejrzeć cały ten film tylko dla tej jednej sceny. Pojawia się niesamowicie trudny wybór – mamy postać szalonego Ogilvy’ego (granego przez Andy Dufresne ze Skazanych na Shawshank), który zapewnia schronienie Rayowi i jego córce, Rachel, jednak panowie nie potrafią się dogadać w sprawie tego, co mają zrobić z sytuacją, w której się znaleźli. I po tym, jak Ogilvy jest świadkiem tego, jak tripody pobierają krew z ludzi, totalnie mu odbija, zaczyna krzyczeć, co może zwrócić uwagę kosmitów grasujących wokół domu. Teraz Ray musi podjąć decyzję – nie potrafi uspokoić Ogilvy’ego, więc albo musi mu pozwolić krzyczeć, co może skończyć się śmiercią dla niego i swojej córki, albo go powstrzymać. I dokładnie to robi. Ale nic nie widać, wszystko dzieje się bez słów i w głowie widza – widzimy przerażoną córkę, z kawałkiem materiału zakrywającego jej oczy, żeby nie widziała, potem widzimy Raya, jak stoi w drzwiach, Ogilvy’ego, który się obraca z przerażeniem, bo wie co to znaczy, potem drzwi się zamykają i to by było na tyle. I ja cię kręcę, jak to było dobrze zrobione.

Podsumowując: Jest to wysokobudżetowy film sensacyjny, który jest dobrze zrobiony, nie dla mnie, ale można obejrzeć.

  1. Mission: Impossible III (2006)

I już mamy kolejną część serii M:I. W niej od samego początku brakuje fajnej sekwencji otwierającej, zamiast tego filmowcy zdecydowali się na stary i sprawdzony, acz leniwy, dramatyczny urywek zwiastujący późniejszą akcję, który jest zupełnie zbędny i niewart zapamiętania. Ale hej, w końcu to Mission: Impossible, czyli fajne wyczyny i Ethan Hunt w roli największego twardziela, więc nie będę narzekał. Tym razem McGuffinem jest Królicza stopka i w sumie nigdy się nie dowiadujemy, czym ona dokładnie jest. Co jest spoko, ale trochę słabe jeśli chodzi o budowanie napięcia. Tym razem próbują je budować gdzie indziej, bo Ethan w zasadzie zrezygnował z pracy w terenie – zamiast tego szkoli nowych rekrutów. Chce się ustatkować ze swoją narzeczoną Julią, ale, jak można się domyśleć, to się nie obejdzie bez konsekwencji.

To chyba jest moja najmniej ulubiona, albo przynajmniej najmniej zapadająca w pamięć, część serii, choć oczywiście niektóre sceny są naprawdę dobre. Ta jedna akcja na moście, na przykład, kiedy Ethan ląduje bokiem na samochodzie, to było dobrze zrobione. I oczywiście ten niesamowity pieszy pościg pod koniec filmu, gdzie większość to było jedno ujęcie. Rany, ale ten Tom Cruise potrafi biegać. I to w ślicznych miejscach, żeby nie było. Co też lubię w tej części to to, że wprowadza postać Benji’ego, choć póki co tylko jako gryzipiórka. Z drugiej strony jest też kilka decyzji, których może można było sobie oszczędzić – naprawdę nie brakowało w Mission: Impossible burzenia czwartej ściany w postaci tandetnego tekstu “Humpty Dumpty usiadł na murze”… w chwili kiedy Ethan jest na murze. Ale dobra, trzeba docenić, że fizyczność tego filmu jest niesamowita, w końcu jesteśmy o 10 lat do przodu w karierze Cruise’a od kiedy pierwszy raz o tym wspomniałem, ale miał 44 lata jak kręcili M:I 3 i naprawdę tego po nim nie widać. Jeśli mam być zupełnie szczery, to w tym czasie w ogóle wyglądał najlepiej w całej swojej karierze, jak dla mnie.

Podsumowując: Chodzi o Mission, więc oczywiście, że polecę. W tej części też gra Philip Seymour Hoffman, co jest fajne, choć ogólnie to nie jest moja ulubiona część tej serii.

  1. Ukryta strategia (Lions for Lambs – 2007)

Najpierw o tłumaczeniu – w tym przypadku z rodzaju Szklanej pułapki, czyli nadania w polskiej wersji zupełnie innego tytułu niż oryginalny, taki, który ma odzwierciedlić fabułę filmu. Zabieg sam w sobie spoko i w przypadku tego filmu – też.

Choć film sam w sobie jest mało filmowy, to bardziej zbiór rozmów, przedstawiający trzy narracje: dwóch młodych studentów wstępujących do wojska i walczących w Afganistanie, profesor rozmawiający z utalentowanym, uprzywilejowanym i zblazowanym studentem oraz republikański senator udzielający wywiadu lewicowej dziennikarce, żeby sprzedać nową (tę ukrytą) wojskową strategię. Wszystkie trzy wątki skupiają się na walce w Afganistanie, tyle że z różnych perspektyw, i szczerze mówiąc, to bardziej sprawia wrażenie dwóch podcastów ze scenami walk co jakiś czas, niż filmu. Autor scenariusza chciał na początku zrobić z tej historii sztukę teatralną i zdecydowanie da się to odczuć.

Gadające głowy rzadko są ciekawe, szczególnie w przypadku tak złożonych tematów, i jako film to to jest dosyć nużące, mimo gwiazdorskiej obsady. Co mi się jednak podobało, i co obserwowałem z zachwytem, to gra aktorska Toma Cruise’a. Nie za wiele robił w tym filmie – też, bądźmy szczerzy, nie było za wiele do robienia – a mimo to, wcielił się w tę rolę, jak gdyby od tego zależało jego życie. Gra idealnie charyzmatycznego senatora i wszystko, co robi potwierdza to, że jest śliskim politykiem – to, jak się ubiera, jak chodzi, jak pije kawę, jak składa marynarkę, rzuca zgryźliwymi komentarzami, przenikliwie patrzy, że się uśmiecha, ale nieszczerze, i nawet jak kpi. Jak dla mnie, naprawdę cudo.

Podsumowując: Jest tutaj kilka ciekawych wątków, ale jako film to dosyć nudne. Nie obejrzałbym tego drugi raz.

  1. Jaja w tropikach (Tropic Thunder – 2008)

Tłumaczenie słabe, ale sam film to klasyka kina, kultowy i cholernie śmieszny. Począwszy od przekomicznych parodii zwiastunów filmowych, aż po szalone, ordynarne żarty, kończąc na przełomowej roli komediowej Cruise’a jako Lesa Grossmana. Film opowiada historię ekipy filmowej chcącej nagrać ekranizację autobiografii weterana z Wietnamu, tyle że wszystko szlag trafia. Potem już jest tylko śmiesznie, i kolorowa (dosłownie) rzesza postaci wywala żart za żartem, w tej perfekcyjnej parodii przemysłu filmowego ze wszelkimi jego dziwactwami.

Ten film jest niewyobrażalnie nieprzyzwoity i wulgarny i koniecznie trzeba obejrzeć wersję reżyserską. Cruise jako Grossman to jedno, ale prawdziwym bohaterem całej opowieści jest Robert Downey Jr. przedstawiający parodię nadgorliwego aktora metodycznego, Kirka Lazarus, Australijczyka, wcielającego się w rolę czarnoskórego sierżanta Osiris w filmie, który nagrywają w trakcie filmu. Kurde, ta opowieść jest tak absurdalna, jest pełna przesady i totalnie powalonych akcji, ale jest tak śmieszna. Nie tylko to, oferuje też całkiem sensowną krytykę przemysłu filmowego, i jak lepiej takie coś sprzedać niż poprzez naprawdę inteligentną i dobrze zrobioną satyryczną komedię sensacyjną.

Podsumowując: Kurwa, koniecznie do obejrzenia!

  1. Walkiria (Valkyrie – 2008)

Nie jestem może pasjonatem historii, szczególnie jeśli chodzi o czasy przedstawione w tym filmie, ale to była naprawdę dobra opowieść. Film, oparty na prawdziwych faktach, opowiada o zamachu stanu i próbie zabicia Hitlera z dnia 20 lipca 1944 roku, poprzez przerobienie operacji Walkiria, narodowego planu kryzysowego tak, by móc przejąć rząd. Ten film jest dobitny i dramatyczny i cieszę się, że nauczył mnie czegoś o historii, o czym wcześniej nie wiedziałem.

Po pierwsze, z perspektywy designu ten film wygląda bardzo dobrze. Zdjęcia w Tunezji na początku, myśliwce, pełno kurzu wszędzie – bardzo ładnie. Potem wszystkie scenografie w Niemczech, odtworzone mundury i budynki, jakkolwiek złowieszczy nie byłby widok tylu swastyk naraz, to wszystko złożyło się na bardzo autentyczny wygląd. Z początku wydawało mi się dziwne, że wszyscy ci niemieccy oficerowie mówili z brytyjskimi akcentami, ale sposób, w jaki zostało to wprowadzone był na tyle zgrabny, że mogę to wybaczyć; mianowicie, na samym początku Tom Cruise jest narratorem i mówi po niemiecku (co mu się udało całkiem dobrze, muszę powiedzieć), przechodząc płynnie do angielskiego. Już pomijając, że to nie film dokumentalny, tylko fikcja, więc takie rzeczy bez wątpienia są dozwolone.

Cruise jest niesamowity w tym filmie. Całkowicie znika w postaci Stauffenberga, głównego bohatera, i wszystko, począwszy od jego mimiki, a na tonie głosu kończąc, pozwala mi zawiesić moją niewiarę. Z resztą oficerów jest trochę trudniej – Bill Nighy na przykład nadal jest dla mnie Billem Nighy, nie do końca wierzę w tego jego Olbrichta, choć to nie znaczy, że go jakkolwiek źle zagrał. Mimo to ten film całkowicie mnie pochłonął i spowodował, że godzinami czytałem co się da na ten temat i lubię tę swoją reakcję, to znaczy, że film musiał naprawdę zrobić na mnie wrażenie. W ten sposób też się dowiedziałem, że wnuk Stauffenberga, tak się składa, jest aktorem i zagrał jedną z ról drugoplanowych i małe ciekawostki takie jak ta powodują, że film dla mnie od razu jest jeszcze lepszy.

Podsumowując: To ciężki temat, ale zdecydowanie polecam ten film.

  1. Wybuchowa para (Knight and Day – 2010)

Kolejne tłumaczenie rodem ze Szklanej pułapki, ale tym razem myślę całkiem adekwatne. Poza tym ten film to czysta, pełna zabawa. Komedia akcji z Tomem Cruise’em w roli Roya Millera, dziwnie ekscentrycznego, ale równocześnie bardzo słodkiego tajnego agenta, oraz Cameron Diaz jako June Havens, renowatorka samochodów, która znajduje się w ogniu krzyżowym tajnej misji, gdy Roy używa jej by przemycić na lotnisku McGuffina-baterię o nazwie Zefir.

Nie ma nic, co mi się w tym filmie nie podoba. Jest śmieszny i wartki, plany zdjęciowe są dynamiczne i ładne, fabuła jest przystępna, nie tracąc przy tym subtelności i gra aktorska jest po prostu komiczna i wspaniała. Co rusz są intensywne sceny akcji i walk, które są naprawdę fajne, ale co zdecydowanie wyróżnia ten film, to humor. Czy to głupkowate miny Cruise’a, podejrzliwe teksty Diaz, absurdalny komizm fizyczny, również głupkowaty, acz w inny sposób, strażak Rodney, który jest zakochany w June, czy ogólna zajebistość postaci połączona z humorem i czarującym urokiem. To jest idealny film na luźny wieczór, żeby się pośmiać i choć można uznać to za zwykły, banalny film, uważam, że można w nim zobaczyć więcej niż tylko puste żarty. To naprawdę spoko produkcja i Cruise znów mnie zachwycił swoim talentem aktorskim, tym jak najdrobniejsze szczegóły wpływają na to jak tworzy i wciela się w postaci. Po prostu super.

Podsumowując: Już widziałem kilkukrotnie i najprawdopodobniej jeszcze kilka razy obejrzę.

  1. Mission: Impossible – Ghost Protocol (2011)

No i teraz ta seria w końcu pokazuje, co potrafi – w końcu wie czego chce i jest gotowa to pokazać. Zaczynamy od dwóch scen akcji przed czołówką: szybki zamach i pięknie przeprowadzona ucieczka z więzienia. Potem już dostajemy wszystkie elementy, bez których nie byłoby tej serii, doprowadzone do perfekcji: McGuffin w postaci kodów nuklearnych, dramatyczne napięcie, pełno sekretów i emocjonalnych zawirowań, kilka niesamowitych scen akcji, trochę humoru, głównie ze strony żartownisia-technika-później-agenta-terenowego Benji’ego Dunn, oraz Ethan Hunt, który nadal jest zajebistym twardzielem.

Jest tyle fantastycznych scen akcji w tym filmie, ale najpierw chcę wspomnieć o tych kilku większych: napad na Kreml, z niesamowitą, śmieszną i przede wszystkim bezgłośną sceną akcji/szpiegostwa; oraz oczywiście scena na Burdż Chalifa – Tom Cruise biegający i latający wokół największego budynku na świecie to zapierający dech w piersiach widok. Lubię też niektóre z pomniejszych scen: pierwsze spotkanie w samochodzie z analitykiem IMF-u Williamem Brandtem, ucieczka z nim do pociągu i scena, gdy agentka Carter musi uwieść bogatego hinduskiego kolesia w jego okazałym pałacu w Mumbaju. Ten film ma tak wartką akcję i dzieje się w nim tyle różnych rzeczy, w tak wielu różnych krajach i lokalizacjach, że można by sądzić, że fabuła traci się w całej tej napakowanej akcją mgle; ale prawda jest taka, i to jest w ogóle rzecz, którą najbardziej cenię w Mission: Impossible, to to że fabuła ma takie samo znaczenie jak akcja, że widzimy rozwój postaci i konfliktów, a Ghost Protocol ma jednego i drugiego w bród.

Podsumowując: Piękna i fajna część serii, zdecydowanie można kilka razy obejrzeć.

  1. Rock of Ages (2012)

Kiedy zacząłem ten projekt nie miałem w ogóle pojęcia, że czeka mnie taki film. Kocham musicale, mimo, że ten akurat jest z rodzaju jukebox, które lubię najmniej. Nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać, choćby ze względu na to, że Tom Cruise nie wydawał mi się szczególnie skory do śpiewu. Ten film przedstawia świat rock ‘n’ rolla w LA w latach 80-tych i poznajemy początkującą piosenkarkę z małego miasteczka, Sherrie, barmana, również początkującego piosenkarza, Drew, śliskiego producenta muzycznego Paula (granego fantastycznie przez Paula Giamatti), liderkę Grażyn, Patricię, oraz jej niewiernego męża-polityka (granego przez Waltera White’a), dwa gruchające gołąbki – właściciela klubu i jego asystenta, bezkompromisową, niezależną dziennikarkę, wyemancypowaną właścicielkę klubu ze striptizem oraz oczywiście gwiazdę glam rocka Stacee Jaxxa, granego przez Cruise’a.

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom kiedy pierwszy raz widziałem ten film i ciągle się śmiałem, bo każda kolejna scena w tym i tak już przesadzonym, kiczowatym szaleństwie była coraz to bardziej absurdalna. Jak dla mnie to fajnie, bo lubię takie rzeczy. Szczególnie jeśli jest tak dobrze zrobione jak w tym przypadku. Sama fabuła jest trochę słaba, jest bardzo schematyczna i nie za wiele się dzieje (oprócz gejowskiego zwrotu akcji być może), ale poza tym wszyscy dobrze zagrali, dialogi były zabawne, całość była śmieszna, cała scenografia i kostiumy były kolorowe i cudaczne, i miałem wrażenie, że po prostu zebrali wszystkie stereotypy i sztampy ery glam rockowej w kilka konkretnych, skondensowanych postaci, ale znów, jak dla mnie dobrze. Podobało mi się wiele z tych mniejszych wyborów, takie jak akcentowanie rytmu klapsami w tyłek albo uderzeniami obcasa w rurę do tańca, i wiele tych większych wyborów, takie jak obsadzenie Cruise’a w roli ikony rockowej Stacee. To był bardzo intensywny i niespodziewany występ, zarazem najlepszy i najbardziej zapadający w pamięć z całego filmu. Okazuje się, że Cruise też potrafi śpiewać i jego interpretacja hitu “Pour Some Sugar On Me” słusznie doczekała się pozytywnych ocen od krytyków, nie mówiąc już o tym, że po prostu fajnie się tego słucha. Cała ścieżka dźwiękowa jest w zasadzie spoko, ponieważ udało się ekipie stworzyć kilka naprawdę dobrych miksów klasycznych przebojów rockowych i nie zmyślam, pisząc, że już znam je wszystkie na pamięć.

Spojler: Obejrzałem ten film przed Firmą, i jak w końcu ten drugi obejrzałem to zdałem sobie sprawę z tego, że najwyraźniej Cruise już zawsze wiedział jak się obejść z taką rurą taneczną, bowiem korzysta z tych umiejętności zarówno w Firmie jak i Rock of Ages. No cóż, kto by się spodziewał.

Podsumowując: Polecam wszystkim fanom musicali oraz kiczu. 

  1. Jack Reacher: Jednym strzałem (Jack Reacher – 2012)

Cóż za uroczy, fajny film. Poznajemy Jacka Reachera, byłego żandarma, który wraca do gry kiedy ktoś, kogo znał z przeszłości zabija pięciu ludzi. Rozpoczyna się dramatyczne śledztwo, które okazuje się nie być tak oczywiste jak na początku się wydawało. Klimat tego filmu jest dosyć ponury, z kilkoma tylko lżejszymi albo sarkastycznymi tekstami, i jest dokładnie tym, czego chcę od filmu sensacyjnego.

Cruise gra Reachera, chłodnego, bezkompromisowego włóczęgę, który mówi każdy tekst lodowatym, niewzruszonym tonem, i potrafi pyskować jak żaden inny. Jest tyle dobrych tekstów w tym filmie, cały występ jest wspaniały, wszystkie spokojne, rozważne ruchy, co po raz kolejny udowadnia, że nie zawsze trzeba wiele robić, by wcielić się w postać, że subtelne działania też mają znaczenie. Jest wiele zabawnych scen walk i pogoni, kilka zwrotów akcji i ogólnie są to dobrze spędzone dwie godziny. Najbardziej w tym wszystkim jednak zachwyca mnie to jak Christopher McQuarrie całość wyreżyserował, szczególnie początkową, bezgłośną sekwencję i każdą inną napiętą scenę, która nie była przyćmiona niepotrzebnymi dialogami, ekspozycją albo narracją. Fantastyczna robota.

Podsumowując: Bardzo dobry film, pełen przemocy i wartkiej akcji, momentami gwałtowny, ale bez przesady.

  1. Niepamięć (Oblivion – 2013)

A tu milusia postapokaliptyczna opowieść. Tłumaczenie, choć dosłowne, też brzmi nieźle. Ziemia zostaje zniszczona, istnieją futurystyczne maszyny, które przemieniają wodę morską w energię czy coś takiego i dookoła lata mnóstwo dronów. Podobno cała ludzkość została przeniesiona na Tytan, największy księżyc Saturna, a na Ziemi pozostało tylko dwóch ludzi – Jack, technik, oraz Vika, odpowiedzialna za komunikację. Ich misją jest pozostanie na Ziemi i naprawa dronów oraz wspomnianych futurystycznych maszyn przed nocnymi atakami tak zwanych Sępów – dopóki nie pojawia się kolejny rozbitek, i wszystko, jak to bywa, szlag trafia.

To jest film z rodzaju tych, które warto obejrzeć w kinie. To wysokobudżetowa przygoda sci-fi i obrazy są po prostu oszałamiające. Fabuła nie jest zła, choć nie jest oryginalna ani nie zapada w pamięć, tak jak same postaci. Ale to jest spoko, bo samo doświadczenie filmowe nadal jest wartościowe. Cruise naprawdę się nie napracował przy tym filmie, bo w zasadzie to musiał tylko zagrać siebie, jego postać to ‘standardowy bohater sci-fi’, z odrobiną pro-Ziemskiej propagandy w tle. Ale znów, tu bardziej chodzi o wygląd tego filmu, o smętny, szary, postapokaliptyczny krajobraz zestawiony z białą technologią przyszłości oraz imponującymi szeroki ujęciami pejzaży, maszyn oraz wspomnień z Nowego Jorku, nie mówiąc już o przepięknej grze światłem i kolorami. Na początku filmu wita nas sporo ekspozycji, którą może można było lepiej zagospodarować, skoro film trwa dwie godziny, ale hej, przynajmniej od razu wiadomo z jakim rodzajem filmu mamy do czynienia. Podobał mi się, ale nie muszę go jakoś koniecznie obejrzeć drugi raz.

Wątek do dyskusji, jeśli się obejrzało ten film (plus, spojler): W zasadzie to jest jedno ciekawe pytanie, jakie ten film zadaje na temat jaźni – w świecie pełnym klonów, kto jest prawdziwym Jackiem Harperem? Tech-49, który jest głównym bohaterem filmu, produkuje dziecko i się poświęca, a potem jego klon, Tech-52, jest tym szczęściarzem, który może spędzić resztę życia z jego żoną. Ale czy to nadal ta sama osoba? Oczywiście, że nie, bo ciało jest inne, ale film zdaje się sugerować, że ponieważ oba klony mają te same wspomnienia, to w istocie są tą samą osobą. Więc co czyni człowieka tym, kim jest? Ciało, czy wspomnienia? Jeśli można przenieść wspomnienia, czy to wystarczy by utworzyć tą samą jaźń? Czy to tylko działa w przypadku klonów, ponieważ ich ciała wyglądają identycznie i zakładam, że trzewia też mają takie same? Byłoby ciekawe to wszystko zgłębić, bo sam film te sprawy pomija.

Podsumowując: Polecam ten film, szczególnie fanom takich rzeczy, to znaczy postapokaliptycznych scenariuszy, fajnych walk i ogólnej fikcji naukowej.

  1. Na skraju jutra (Edge of Tomorrow – 2014)

Co za fajna przygoda sci-fi, z jeszcze fajniejszym brzmieniem polskiej wersji tytułu – nie wiem dlaczego, ale ze wszystkich tłumaczeń na tej liście, to mi się podoba najbardziej. A co do samej opowieści, to Ziemia została zaatakowana przez kosmitów i jej los leży w rękach specjalisty-medialnego-później-Majora Williama Cage’a. Do przygody dołącza Rita Vrataski, która pomaga Cage’owi ogarnąć jak sobie poradzić z inwazją, ze względu na jego umiejętność powtarzania ostatniego dnia w kółko i kółko, nabytą po ataku jednego z kosmitów. I ta pętla w zasadzie jest w centrum całej opowieści – a filmowcy świetnie ją użyli. Zgłębili tyle różnych implikacji tej przypadłości, jak wpływa na postrzeganie i na relacje i zrobili to po prostu pięknie. Nie tylko to, nie liczy się tylko akcja i świetne obrazy, ale też dramatyzm fabuły i gra aktorska, które są równie dobre.

Ten film jest sprytny od samego początku, kiedy czołówka zamienia się w wiadomości o końcu świata. Uwielbiam, kiedy filmowcy robią takie rzeczy, od razu łatwiej jest wczuć się w historię przy takim czymś. A potem poznajemy Cage’a, który zdaje się być pewny siebie, ale kiedy zmuszają go do pójścia na front to okazuje się być płochliwym tchórzem i jest bardzo miło widzieć Cruise’a w tak innej roli. Oczywiście Cage potem staje się twardzielem, wiadomo, ale i tak jest miło widzieć, jak na początku się cyka. Ogólnie ten film jest kreatywny i błyskotliwy i bardzo dobrze się go ogląda. Pierwszy seans był prawdziwym przeżyciem, ale kolejne też były przyjemne, bo zawsze można w tym filmie odkryć coś nowego. Ta historia miała duży potencjał i myślę, że w tym przypadku został wykorzystany w pełni.

Podsumowując: Fajny i bardzo dobry – zdecydowanie warta obejrzenia perełka sci-fi.

  1. Mission: Impossible – Rogue Nation (2015)

Kolejna misja i moim zdaniem najlepsza. Ethan Hunt znów w akcji, tym razem w pogoni za Syndykatem, organizacją byłych agentów z całego świata. Przywódcy Hunta nie wierzą, że taka organizacja w ogóle istnieje i obarczają niego winą za ich przestępstwa, co oznacza, że Ethan nie tylko musi uratować świat przed Syndykatem, ale też udowodnić, że w ogóle istnieje. Ta część serii jest absolutnym szpiegowskim mistrzostwem, bo już od początku zachwyca niesamowicie imponującym wyczynem – Tom Cruise wiszący z boku samolotu transportowego Airbusa.

I akcja ciągle bardziej się rozkręca, po prostu każda scena w tym filmie jest niesamowita. Zamach w operze, z dramatyczną muzyką i pięknymi obrazami; pościg i kawaleria motocyklistów na schodach w Maroku; przygotowanie do ostatecznej konfrontacji z antagonistą, Solomonem Lane’em, który ma bardzo jaszczurzą aparycję, co dobrze się składa, kiedy jest się złoczyńcą. McGuffinem w tej historii jest ‘jakiś plik Syndykatu’ i tym razem mamy również damę w opałach – Benji’ego. W filmie jest więc dużo dramatyzmu i walk i przekomarzania się, wiele trudnych wyborów, ale na szczęście też trochę humoru dzięki komicznym elementom takim jak to, że Ethan już ma dość w niektórych momentach i Benji, który jak zwykle się wcina z różnymi śmiesznymi uwagami. Jest też pełno komizmu fizycznego, co powoduje, że ten film nie jest tylko pełną akcji i estetyczną przygodą, ale też po prostu śmieszną komedią. Tu występuje również mój ulubiony zespół agentów: Hunt, Benji, Luther, oczywiście, Brandt, który jest dobrym przeciwieństwem Ethana oraz Ilsa Faust, nowa postać, która jest nie tylko przepiękna, ale też przesprawna, jest super twardzielem omatającym swoje nogi wokół szyj złoczyńców, w jednym śmiercionośnym ciosie za drugim. Serio, Chris McQuarrie wie jak stworzyć zespół i jak zrobić, żeby wszystko dobrze banglało.

Podsumowując: Moja ulubiona część serii M:I – zdecydowanie polecam

  1. Jack Reacher: Nigdy nie wracaj (Jack Reacher: Never Go Back – 2016)

Kolejna część filmu o Jacku Reacherze, i no, jest okej. Tym razem nasz włóczęga musi wrócić do wojska, by uratować swoją znajomą, Major Susan Turner, przed pułapką. Jest oskarżona o szpiegostwo – ale Reacher chce udowodnić, że jest niewinna i odkryć właściwą prawdę. Do przygody dołącza Samantha, która twierdzi, że jest córką Reachera – więc robi się coraz ciekawiej, jak to się mówi, i rozpoczyna się śledztwo.

Czy serii o Jacku Reacherze naprawdę brakowało rodzinnego konfliktu? Nie, ale będąc szczerym to wcale tak źle sobie z nim nie poradzili. Robin z Jak poznałem waszą matkę jest zajebistym Majorem, i ogólnie to jest całkiem spoko film akcji, trochę dużo dramatyzmu, ale znów, skoro już jest drama, to całkiem dobrze ją ograli. Niektóre sceny szczególnie mi się podobały, takie jak początkowa sekwencja, pokazująca sytuację po bójce, zbicie okna w samochodzie przy pomocy solniczki, pościg przez National Mall, takie rzeczy. Ale mimo to druga część serii już nie ma tej samej magii co pierwsza, nie tylko z powodu tego nikomu niepotrzebnego konfliktu rodzinnego, ale też bo styl prowadzenia kamery jest zupełnie inny. McQuarrie więcej się bawił scenami w pierwszej części, próbował (udanie) kręcić sceny akcji tak, by były nowe i ciekawe, a w tej części wszystkie takie sekwencje są bardziej prostolinijne. Co samo w sobie nie jest niczym złym, ponieważ są dobrze zrobione, ale to nie to samo. Ciężko dorównać tak fantastycznej pierwszej części, i choć główny bohater nadal jest klawym twardzielem, i osobiście lubię jego samoświadomość, że branie udziału w bójkach serio boli, to jednak czegoś brakuje.

Podsumowując: Nie to samo co pierwsza część, ale i tak spoko.

  1. Mumia (The Mummy – 2017)

W sumie nic nie zadziałało w tym filmie oprócz Toma Cruise’a i nawet on nie był w stanie go uratować. Muszę być szczery, nie widziałem oryginału i naprawdę nie przepadam za mrocznymi potworami, ale nadal, coś, co mogło być fajnym, mocnym rebootem klasycznego filmu padło ofiarą leniwej, zorientowanej na zysk produkcji filmowej i bardzo słusznie, że kompletnie im to nie wyszło.

Fabuła opowiada o sierżancie Nicku Mortonie, który poluje na antyczne skarby i przy tej okazji przez przypadek odkrywa grób egipskiej księżniczki Ahmanet. Ona zaś chce znaleźć idealnego żywiciela, by móc przywołać Seta, boga śmierci. Do przygody dołączają archeolożka Jenny Halsey, grająca rolę pięknej dziewczyny, przyjaciel Mortona Chris Vail jako śmieszek, a później zombiak oraz Dr Jekyll, który jest dosłownym Jekyllem/Hyde’em. W sumie to fabuła nie ma większego znaczenia, ponieważ o cokolwiek by nie chodziło, zostało tak słabo nakręcone i pokazane, że trudno się przejąć. Ekspozycja jest powtarzana kilka razy, niektóre wątki nie mają w ogóle sensu, motywacje nie są jasne i cały film opiera się na popularności Toma Cruise’a i przekonaniu Hollywoodu (niestety czasem słusznego), że rebooty zawsze działają, niezależnie od tego co się zrobi. Na szczęście tym razem tak nie było. Trzeba było się skupić na napisaniu lepszego scenariusza niż liczeniu dolarów, zanim się wykluły, co? Choć z drugiej strony też mi trochę przykro, bo Cruise, tak jak ma to w zwyczaju, naprawdę się starał, żeby ten film wyszedł dobrze. Jego postać jest inna od poprzednich, starał się, by pojawiły się oszałamiające sceny akcji, które być może w lepszym filmie zrobiłyby większe wrażenie (tak jak scena katastrofy lotniczej nakręconej w samolocie “Vomit Comet” w stanie nieważkości). Podobała mi się Annabelle, która grała Jenny, i Sofia Boutella jako mumia też była okej, ale szkoda, że ten film musiał polec.

Podsumowując: Dobry dla bezmózgiej rozrywki, ale słusznie zjechany przez krytyków i box office, więc nie polecam.

  1. Barry Seal: Król przemytu (American Made – 2017)

Bardzo opisowy tytuł, ale w wielu tłumaczeniach pojawia się imię i nazwisko głównego bohatera, więc niech będzie. Tak czy inaczej, jest to film nie tylko dla pasjonatów lotnictwa. Jest zainspirowany życiem Barry’ego Seala, komercyjnego pilota, który podejmuje się pracy w CIA i w przemycie narkotykowym. Mówiąc krótko, zrobił niezłe zamieszanie w obu Amerykach w latach 80-tych. W istocie film pokazuje jak Barry trafił do CIA, gdy go rekrutują, by mógł uciec z nudnego życia komercyjnego pilota, i potem, dzięki kilku zwrotom akcji, kończy jako kontrahent dla każdej strony produkcji i zwalczania przestępstw narkotykowych, i oczywiście ciągle lata jakimiś samolotami.

Bardziej niż komedię akcji, jak wskazuje reklama tego filmu, to bardziej przypomina wysokobudżetowe kino niezależne. Użyli różnych kamer i różnych styli ujęć do poszczególnych części i wszystko jest przeplatane śmiesznymi grafikami i animacjami. Ogólnie to bardzo ciekawy i wartki film quasi-biograficzny, dotyczący zawiłości powietrznego przemytu narkotykowego. I tego, jak można wpaść z jednej roboty w drugą – i przy tym nieźle zarobić. Co mi się podobało to to, jak podkreślili sposób, w jaki przemysł narkotykowy przyczynia się do rozwoju lokalnej gospodarki, zarówno w Ameryce Południowej, jak i w Stanach. Nie, żeby podkręcanie gospodarki przy użyciu brudnych pieniędzy było jakieś super – ale jest to po prostu ciekawe zjawisko. Oprócz tego gra aktorska była dobra, szczególnie rola Domhnalla Gleesona jako śliskiego typa z CIA, który, jako że na co dzień wydaje się być bardzo potulny i irlandzki, zdecydowanie pokazał, że jego talent aktorski wykracza poza to. No i Cruise jako Barry Seal oczywiście, jako śmiałek, któremu wszystko uchodzi płazem. Przy tej roli Cruise mógł również posłużyć się południowym akcentem, który najwyraźniej mieli jego rodzice, co też było miłe usłyszeć, i oczywiście mógł sobie polatać mnóstwem samolotów.

Podsumowując: Ciekawy film i fajna historia, szczególnie dla fanów lotnictwa i/lub opowieści o kartelach.

  1. Mission: Impossible – Fallout (2018)

I w końcu, film od którego wszystko się dla mnie zaczęło. Co do fabuły, to nie uważam, żeby rozpoczęcie filmu od sekwencji snu było jakieś super nowatorskie, ale wszystko wybaczam ze względu na kolejną scenę perfekcyjnego przekazania sobie plików – i Ethana mówiącego w dramatyczny sposób ‘Ja jestem burzą’ i takie tam. McGuffinem w tej historii są jakieś kule z plutonem/bomby atomowe oraz mamy nową postać w grze – Augusta Walkera, granego przez Henry’ego Cavilla (z perfekcyjnym amerykańskim akcentem), który wciela się w rolę nadzorcy z CIA, by sprawdzić co Hunt tak naprawdę robi podczas swoich misji. Złoczyńcami tej historii są Apostołowie (czyli pozostałości po Syndykacie) oraz ich główny agent, John Lark, no i znów spotykamy też Solomona Lane’a – i muszę powiedzieć, podoba mi się to, że rozwinęli fabułę z ostatniej części. To znowu powiew świeżości w serii, dzięki temu się rozwija i nie traci na aktualności. Powracają też inne postaci, zarówno złe jak i dobre; Ilsa też tu jest i bardzo się cieszyłem z jej powrotu.

Oczywiście jest znowu pełno wyczynów i popisów, które stale zwiększają poprzeczkę: walka w łazience, podczas której Henry Cavill przeładował swoje bicepsy (co biedak potem musiał powtórzyć w każdym wywiadzie), cały wątek z przechwyceniem Lane’a, z uliczką idealną na zasadzki oraz niesamowicie dobrze zrobioną sceną, w której utworzyli falę wewnątrz zatopionej ciężarówki, oraz oczywiście niesamowite pościgi, pościg na motocyklach przez Paryż oraz znakomity pieszy pościg na dachach Londynu. Jednak nie chodzi tylko o wspaniałe sceny akcji, w tym filmie widzimy też rozwój postaci, szczególnie Ethana. Już nie jest tym samym młodym cwaniakiem, którym był w 1996 roku – teraz jest starym wyjadaczem, nadal twardzielem, ale pokazuje też swoją ludzką stronę. W tym filmie ma emocje, traci kontrolę, strasznie pyskuje i po prostu ma dość, a czasem, co najważniejsze, jest wrażliwy. I to nie tylko ze względu na przykry wypadek, który spotkał Cruise’a w trakcie nagrań, gdy skakał z budynku na drugi i złamał sobie kostkę – w ogóle pokazują, że Hunt czasem utyka albo że opatrują mu rany. Przedstawili też nową cechę jego postaci – mianowicie to, że też potrafi być aktorem. Więc Cruise gra szpiega, który udaje, że się złości i nie wie co się dzieje. I muszę przyznać, że dla mnie to jest mega spoko. Ogólnie ten film to dobrze zrobiona kolejna część serii, jeszcze nie jest nudno i nie mogę się doczekać, co zadzieje się dalej.

Wątek do dyskusji, jeśli się obejrzało ten film (plus, spojler): Próbują w tej części podjąć się tak jakby etycznej dyskusji, kiedy Hunt udaje Larka i ustala strategię jak odbić Lane’a, i pokazują scenę snu/wyobraźni, w której widzi samego siebie jak zabija policjanta – czego najwyraźniej nie może zrobić, z moralnego punktu widzenia, i zamiast tego decyduje się sabotować ustalony plan. Potem jednak zestrzeliwuje kilku zbirów i to już nie jest jakiś wielki problem – więc wychodzi na to, że próbowali w tym filmie podjąć polemikę w kontekście zabijania ludzi, kiedy jest się szpiegiem, ale doszli do bardzo binarnego wniosku, że policja – dobrzy ludzie, zbiry – źli ludzie, który ani nie jest zbyt przemyślany, ani nawet słuszny. Nie, żebym oczekiwał jakiejś głębokiej filozofii w szpiegowskim filmie akcji, i doceniam, że w ogóle starali się podjąć ten temat, i to jest naprawdę ciężki moralny dylemat dla Ethana – ale nie wiem, na koniec dnia nic tym nie wyrazili ani nie przekazali. Może doszukuję się za wiele w tej opowieści, ale być może M:I nie musi usprawiedliwiać swoich wyborów i wartości w taki sposób.

Podsumowując: Bardzo dobrze zrobiona kolejna część serii, dar, który zawsze cieszy i z mojej strony polecam.


I to w sumie by było na tyle. Skoro jednak i tak już mam odpaloną tabelkę podczas pisania tego artykułu, to może popatrzymy na kilka liczb, co? Potem przejdę do ogólnych wniosków o tym projekcie i wszystkich filmach i podam moje trzy najbardziej i najmniej ulubione tytuły z całej serii.

Więc, wśród aspektów, które śledziłem podczas mojego tomcruisowego projektu, znalazły się: reżyserowie, na podstawie czego filmy powstały, długość filmów oraz ilość rekomendacji. Sześciu z 38 reżyserów pracowało więcej niż raz z Tomem Cruise’em, przy czym Christopher McQuarrie zajmuje w tym przypadku pierwsze miejsce – wyreżyserował trzy ze wszystkich 45 filmów, choć tak naprawdę ich dwójka współpracowała przy łącznie 9 projektach, gdzie McQ był nie tylko reżyserem, ale też scenarzystą i producentem (jeśli nawet nie był zatrudniany oficjalnie). Zaskoczeniem było dla mnie, że nie tylko reżyserowie powracali, ale również wielu aktorów – czasem miałem nawet wrażenie, że Cruise specjalnie gra w innych filmach, by rekrutować ludzi do Mission, tak jak Thandiwe Newton z Wywiadu czy Aleca Baldwina z Rock of Ages. Ale pojawiło się też kilka innych znanych twarzy, takie jak Philip Seymour Hoffman, Nicole Kidman, rzecz jasna, Cuba Gooding Jr., Cameron Diaz, ale również Hotchner z Zabójczych umysłów i inni. Nie wiem czy to częste zjawisko w Hollywoodzie, być może piszę kompletne farmazony, ale jakby nie było, odebrałem to jako ciekawą obserwację.

W kontekście źródeł scenariuszy, ponad ⅓ filmów, w których wystąpił Tom Cruise, miała oryginalne scenariusze (w tym Wszystkie właściwe posunięcia, Rain Man oraz Ostatni samuraj). Reszta to były ekranizacje różnych rzeczy, głównie książek (prawie 25% jego filmów, w tym Szkoła kadetów, Kolor pieniędzy oraz Jack Reacher), był też serial (Mission: Impossible), kilku prawdziwych ludzi i wydarzeń (w tym Urodzony 4 lipca, Walkiria oraz Barry Seal: Król przemytu), dwie nowele (Oczy szeroko zamknięte oraz Raport mniejszości), adaptacja z innego języka (Vanilla Sky) oraz reboot (Mumia).

W kwestii długości filmów, ponad ich połowa była dłuższa niż 2 godziny, choć większość reszty i tak prawie te 2 godziny trwała. Wiele filmów było też bliskich 3 godzin, choć tylko jeden przekroczył tę magiczną granicę – Magnolia, który trwał 3 godziny i 9 minut, co czyni go najdłuższym filmem z katalogu Toma Cruise’a. Najkrótszym filmem był Space Station 3D, trwający 47 minut, ale to był film dokumentalny. Jeśli chodzi o filmy fabularny to najkrótszym był Ukryta strategia, trwający 1 godzinę i 32 minuty.

W kontekście rekomendacji, poleciłem ponad połowę filmografii – 31 z 45 tytułów, co oznacza prawie 70% wszystkich filmów z tej listy. To całkiem niezły wynik i w sumie to była niezła przyjemność przegryźć się przez cały ten katalog.

W ogóle ten cały projekt, jakkolwiek był nieplanowany, był całkiem przyjemny. Zaczęło się w lutym, a wtedy tylko obejrzałem całą serię Mission: Impossible. Potem nie wiem jak się rozwinął ten pomysł, żeby obejrzeć wszystkie filmy Toma Cruise’a; po prostu wpadłem w obsesję, jak to się zdarza, tak jak pisałem we wstępie. Stworzyłem tabelkę w Excelu, żeby łatwiej mi było śledzić moją listę i ona z czasem też się rozrastała, ciągle dodawałem jakieś nowe zmienne. Kiedy tak patrzyłem na tę swoją listę, zauważyłem, że jest na niej wiele tytułów, które i tak już kiedyś chciałem obejrzeć – więc podjąłem po prostu decyzję. Informowałem rodzinę i przyjaciół o moich postępach, choć mieli tego szybko dość i zawsze kiedy teraz założę swoje własne pilotki, to ktoś coś powie – ale nie żałuję. Nauczyłem się wielu ciekawych rzeczy i muszę powiedzieć, że ukończenie takiego maratonu jest dość satysfakcjonujące, tak jak zakończenie tego artykułu (przynajmniej tej właściwej jego części z recenzjami).

Kiedy tak patrzę na filmografię Cruise’a jako całość muszę powiedzieć, że chwilę mu zajęło, żeby się rozkręcić (choć nie tak długo jak niektórym innym aktorom), ale prawdziwy przełom osiągnął dzięki Top Gun, a potem większość jego filmów była po prostu dobra. Jak już wspomniałem wcześniej, Cruise sprawia wrażenie jakby miał nieskończone ilości motywacji jeśli chodzi o robienie filmów, rzuca się pełną parą w każdy projekt i to widać. Nie ukończył szkoły aktorskiej, a jednak całkiem dobrze sobie radzi.

Choć jego styl aktorski, a być może tylko fokus, się zmienił i, co zaskakuje, im jest starszy tym gra mniej poważnych ról – mniej więcej po Walkirii kręcił tylko filmy akcji, a nawet w tej Walkirii było sporo wybuchów i kaskaderskich popisów jak na dramat wojenny. Nie wiem czy to kwestia jego preferencji czy sposób, by być mniej wrażliwym – w końcu niewiele złego można powiedzieć o bohaterach akcji, w które obecnie się wciela – albo wynik nieprzychylnej prasy, ale jakby nie było, ja uważam, że to szkoda, że nie zagrał więcej dramatycznych ról w późniejszym życiu – albo stricte komediowych, żeby nie było. Być może to się stanie dopiero kiedy jego ciało definitywnie odmówi posłuszeństwa, a teraz stara się zrobić każdą rzecz, na jaką go jeszcze stać – to się okaże z czasem. Bo jeśli chodzi o aktorstwo, to on serio wie, co robi. Większość jego dramatycznych ról, czy to przesadzonych, czy spokojnych, były zaskakująco dobre i udowodnił, że tak samo potrafi być celowo śmieszny, w Jajach w tropikach i Rock of Ages (nie mówiąc o tym, że też potrafi śpiewać). 

Mam wrażenie, że najwięcej pochwał dostaje, oprócz za swoje oddanie, za to, że sam jest swoim kaskaderem. I tu też muszę się zgodzić. Jego fizyczność, którą zdobył wcześnie i pielęgnował całe życie, jest naprawdę godna podziwu moim zdaniem. Oczywiście łatwo się mówi, że mu za to płacą i ma personalnych trenerów i tak dalej – ale prawda jest taka, że już zawsze tak wyglądał, właśnie ta fizyczność i intensywność pozwoliły mu w ogóle rozwinąć swoją karierę, i choć może to też być czasem przeszkodą, szczególnie jeśli chodzi o dramatyczne role (w końcu mało jest prawdziwych ludzi, którzy są tak po prostu napakowani), to jest też dowodem na jego poświęcenie.

Abstrahując jednak od tego wszystkiego, oglądając nieskończone godziny wywiadów z Tomem Cruise’em dowiedziałem się też innej ciekawej rzeczy o nim – że serio jest fanem filmów. To bardzo miłe i słodkie słuchać jak opowiada o starym Hollywood i klasykach o Dzikim Zachodzie, że zna się też na współczesnych produkcjach i że zmusza swoje zespoły kaskaderów do oglądania Deszczowej piosenki (1952), żeby zrozumieli jak fizyczna akcja wpływa na rozwój fabuły. W tym kontekście zdaje mi się być Bogu ducha winnym nerdem, który po prostu kocha filmy, więc jeśli o to chodzi, to krzyż mu na drogę.

Jeśli chodzi jednak o filmy, które ja po prostu kocham, to oczywiście nie mogę skończyć tego artykułu bez podania moich top 3 najlepszych i najgorszych filmów z tego katalogu. Co śmieszne wszystkie 6 tytułów, o których wspomnę, pochodzą z wcześniejszych lat kariery Cruise’a – to prawie tak jakby podejmowanie artystycznego ryzyka było ciekawsze niż bycie w istocie wyrzeźbioną figurką (co też jest spoko, żeby nie było). Tak czy inaczej, zacznę od najgorszych filmów, a na koniec będzie najlepszy.

Na trzecim miejscu najgorszych filmów Toma Cruise’a dla mnie jest Ryzykowny interes. Być może to kwestia tego, że go nie skumałem, ale oglądanie tego filmu było bolesne i niezręczne i naprawdę czekałem, aż się skończy. Nie lubię tego, że główny bohater był kapciem, ani jego partnerki, beznamiętnej seksworkerki, ani tym bardziej probelematycznych implikacji, które były użyte jako puenty do żartów.

Na drugim miejscu jest Niekończąca się miłość, w zasadzie z tych samych powodów co Ryzykowny, jedyna różnica jest taka, że tutaj Tom Cruise miał tylko naprawdę małą rolę. Być może nawet nie powinienem uwzględniać tego filmu na tej liście, ale hej, zagrał w nim, więc go oceniam. Ten film jako film był okropny, jako opowieść był okropny i przekaz w nim był jeszcze bardziej okropny.

Co jednak przechodzi ludzkie pojęcie i ląduje na pierwszym miejscu to pieprzona Legenda. Ja pierdolę, jaki to był słaby film. Jeśli ciężko było znieść Ryzykowny, to obejrzenie Legendy było prawdziwą katuszą. Nie byłbym zaskoczony gdyby sam Tom nienawidził tego filmu, bo nie tylko jego występ w nim jest słaby, ale całość jest krindżowa i głupia.

To tyle w kwestii najgorszych filmów, teraz przejdźmy do najlepszych. Ku mojemu zaskoczeniu, z jakiegoś powodu wszystkie moje faworyty to filmy wojskowe. Być może te wszystkie obozy dla rekrutów i trening szpiegowski, w których Cruise brał udział, ostatecznie na coś się zdały i warto było robić wszystkie te pompki.

Na trzecim miejscu, Szkoła kadetów. Bardzo mnie zaskoczyło to jak bardzo mi się ten film spodobał, szczególnie, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Pomysł jest prosty i idealnie zrealizowany, obsada jest genialna i wszystko w tym filmie po prostu działa. Jest bardzo wojskowy, więc nie każdemu się spodoba, ale ja nie mogłem oderwać wzroku od ekranu. I jak na to, że to była dopiero druga rola Cruise’a, i pierwsza większa, to już pokazał, ile ma talentu i determinacji.

Na drugim miejscu: Top Gun. To częściowo nostalgia, częściowo dlatego, że to po prostu dobry film, w zasadzie nie ma niczego, czego by można nie lubić. Kocham filmy z lat 80-tych, filmy akcji, filmy wojskowe – i Top Gun jest wszystkim tym naraz. Film jest wartki i sympatyczny, a mimo to czasem łapie za serce – i wszyscy wyglądają zajebiście i każdy tekst to czyste złoto. Tak więc po prostu fantastyczny film, obojętnie ile raz się go obejrzy.

I na koniec, pierwsze miejsce – Ludzie honoru. Słyszałem o tym filmie wcześniej, ale jakoś nigdy nie miałem ochoty go obejrzeć i cieszę się, że tego nie zrobiłem; czuję, że mógłbym go wcześniej niedostatecznie docenić. Ale teraz po prostu zwalił mnie z nóg. Już dawno żaden film nie był w stanie mnie tak zaintrygować i bardzo się cieszę, że go odkryłem. Opowieść jest napisana po prostu wspaniale i każdy występ jest niesamowity – nie mogę przeżyć tego, że ten film istnieje i polecam go każdemu, niezależnie od tego, że jest to film z Tomem Cruise’em. To po prostu fantastyczne kino, pełne dramatyzmu i zwrotów akcji i wspaniałej gry aktorskiej, i rozprawa sądowa życia.

Okej, to serio by było na tyle. Nie wiem czy kiedykolwiek się porwę jeszcze raz na coś takiego, z filmami innego aktora; ale muszę przyznać, że było miło. Zakończenie tego projektu to prawie takie samo uczucie jak skończenie bardzo dobrej książki – nie do końca teraz wiem co robić dalej, na czym się teraz skupić. Filmy Toma Cruise’a towarzyszyły mi od ponad pół roku i chwilę mi zajmie, żeby się od tego oderwać – ale mogę z całą pewnością powiedzieć, że było zdecydowanie warto.

Leave a comment