Nie wiem dokładnie, od ilu lat już oglądam Youtube’a, ale zakładam, że więcej niż dziesięć pewnie już będzie. Zaczęło się niewinnie, tutaj teledysk, tam memowy filmik, aż, całkiem niepostrzeżenie, zrobiły się z tego nieprzespane noce i niezliczone godziny dryfowania na fali algorytmu. Nie pamiętam jak dokładnie te wczesne lata wyglądały, jak znajdowałam ciekawe rzeczy (wtedy jeszcze nie było ich też dużo) i poza tym wtedy to było głównie źródło do nauki angielskiego dla mnie. Choć wiadomo, kiedyś ta nauka stała się tylko pretekstem, by oglądać godzinami filmiki, które uważałam za fajne, aż YouTube stał się moim głównym medium rozrywki, którym jest do dziś.
Jednak znałam tylko angielskich/amerykańskich Youtuberów. Vlogerów, pierwszych influencerów – byłam przy tym wszystkim. Też nie szukałam niczego innego. Wiadomo, były mi też znane kilka polskich postaci, ale to by było na tyle. Aż do zeszłego roku, kiedy to, po odejściu z pracy, w której mówiłam dużo po niemiecku, zamarzyło mi się, by tego swojego języka znów posłuchać. Niewystarczającym wydało mi się wtedy jeszcze raz przeczytać ‘Igrzyska Śmierci’ po niemiecku, więc udałam się na poszukiwanie niemieckiej sceny youtubowej.
Ludzie złoci, co ja tam znalazłam. Zaczęło się od Funk, o którym już pisałam wystarczająco dużo miłych rzeczy. Bądź co bądź, dzięki nim znalazłam youtuberów niepublicznych i odkryłam dobrze rozwiniętą, komercyjnie skuteczną, ciekawą, naturalnie częściowo patologiczną, ale tak czy siak całkiem rozrywkową społeczność i niekończące się godziny kontentu, które mogłam, bacząc na okoliczności roku 2020, do woli przepuszczać przez swoje gały. Zajęło mi przerażająco mało czasu by wiedzieć, co się dzieje i rozpoznawać imiona, twarze i wydarzenia w różnych crossoverach.
Przy czym jedna historia tak bardzo utkwiła mi w pamięci, że, zanim wiedziałam, że założę tego bloga, byłam pewna, że będę chciała ją opisać. Mieszkając w Polsce i tak nie za bardzo mam komu o niej opowiedzieć, bo co kogo tutaj obchodzą jacyś niemieccy kolesie, którzy robią jakieś dziwne rzeczy na niemieckim Youtubie. Poza tym mogę tę historię też wpleść w głębszą rozkminę na tematy, które mnie interesują, więc sama sobie zorganizowałam powód do riserczu.
Na sam początek jednak sama historia – jak w tytule – historia dwóch braci.
- TeamBro vs TeamWill
Już zawsze nienawidziłam robienie ludziom żartów, a już ‘pranki’ to w ogóle, szczególnie kiedy stały się popularne na Youtubie i potem się okazało, że zazwyczaj są sfejkowane i całkiem toksyczne, a czasem nawet niebezpieczne, Pranki, czasem gwoli algorytmu oznaczone jako ‘eksperymenty społeczne’, są ogólnie paskudnymi psikusami, które robi się innym, czasem nawet obcym, ludziom. Potem się to nagrywa i zdobywa kliknięcia. Przed erą Youtube’a szalona produkcja Steve-O i jego zawiadiackich towarzyszy pod tytułem Jackass była pionierem tego typu treści (choć chłopaki też robili inne dziwne rzeczy, ale przynajmniej byli mniej chamscy wobec obcych ludzi), w każdym razie chodzi o to, by ciągle być bardziej ekstremalnym i robić innym żarty.
Kiedy więc, skacząc od twórcy do twórcy w szale niemieckich filmików, natknęłam się na pewien legendarny prankowy spór dwóch kolesi i ich zespołów, nie chciało mi się za bardzo tymi filmikami zajmować. Ale hej, trzeba wiedzieć co dokładnie i dlaczego się niektóre rzeczy ocenia, więc zaczęłam oglądać pierwszy sezon.
A potem nagle weekend się skończył i widziałam wszystko. To była jesień 2020 i moje zdrowie psychiczne było dosyć w gruzach. I wtedy pojawiła się ta porywająca historia, która pierwszy raz od dłuższego czasu pozwoliła mi poczuć prawdziwą immersję. Koniecznie musiałam wiedzieć, co dalej się stanie i każdy kolejny odcinek był przygodą samą w sobie. Bardzo chciałam te filmiki obejrzeć po stokroć, ale powstrzymałam się i odłożyłam je na teraz, by móc je obejrzeć jeszcze raz z pewnym dystansem i jako cało produkt. Zatem trzy marcowe dni spędziłam na niczym innym niż oglądaniu tych cholernych filmików, robieniu stosu notatek i oczywiście stworzeniu tabelki w Excelu, ale o niej później.
Tak niesamowita jak za pierwszym razem ta historia też nie była, ale była na tyle ciekawa, że i tak chcę o niej opowiedzieć. Już zaczynam, tylko jeszcze mała uwaga: gdyby ktoś, kto występuje w tej historii, miałby ten tekst odnaleźć, nie bierzcie tego osobiście. Więcej o tym będzie w trzeciej części, ale to co opisuję jest tylko historią, a postaci niczym więcej, niż tylko postaciami.
W kwestii tła całej historii niewiele mogę powiedzieć, oprócz tego, że w tamtym czasie najwyraźniej zwykło się robić sobie nawzajem żarty i tym sposobem doszło do pierwszego oficjalnego pranka całej serii – 5000 kubków w mieszkaniu prank!. W sumie całkiem zabawny filmik, jeden zastawia mieszkanie drugiego kubkami, rozumie się samo przez się, jest oburzona reakcja, wszystko tak, jak powinno być. Oczywiście nie mogę być pewna, ale zdaje mi się, że obaj protagoniści wcale nie mieli zamiaru, żeby z tego wyszła taka wielka rzecz. Pierwszy filmik pojawia się bez kontekstu w playliście i nie ma mowy o jakiejkolwiek rywalizacji.
No dobrze, seria więc się zaczęła, ale o co dokładnie chodzi? Należy wyobrazić sobie Romea i Julię, tylko bez wątpliwej historii miłosnej nastolatków – dwa domy, dwie rodziny, które toczą ze sobą spór o honor. Oczywiście w przypadku omawianej serii na Youtubie nie jest to aż tak poważne, ale takie było moje pierwsze skojarzenie.
Z jednej strony jest Rob z kanału CrispyRob, głowa TeamBro, w zasadzie Youtuber kulinarny, ale w sumie brał też udział w kilku innych youtubowych historiach i robił różnego rodzaju treści. Z drugiej jest Simon Will, muzyk, znany z szybkiego rapowania i bycia częścią sieci Funk. No dobra, w sumie nie wiem czy jest akurat znany z tego ostatniego, ale tak czy inaczej tam należy. Jest głową TeamWill. Wiele więcej nie mogę o nich dwóch powiedzieć, są młodymi, spoko chojrakami, są tam jakieś różnice w wieku i pochodzeniu, ale w najważniejszych rzeczach, z perspektywy tej historii, są tacy sami, co moim zdaniem jest na plus.
Do głównych bohaterów dołączają jeszcze współlokatorzy, przyjaciele i rodzina, każdy, kto w jakimś stopniu był częścią tych pranków, nawet jeśli tylko jako widownia. Akcja odbywa się w Kolonii w latach 2017-2019. Większość pranków rozgrywa się w mieszkaniach chłopaków. Ekipy i miejsca się zmieniają od czasu do czasu, ale jedna rzecz pozostaje taka sama – mimo, że mówimy o TeamBro vs TeamWill, to w centrum uwagi są dwaj naczelnicy rodów, i nawet nie ma to być zgryźliwe. Cała seria tylko dlatego działa, że ma dwóch charyzmatycznych protagonistów, którzy nie pragną nic więcej niż zachowania własnego honoru. Być może brzmi to trochę dziecinnie, ale w istocie do tego się sprowadza – każdy psikus to strzał w ego i każde wyzwanie kończy się na tym, że ‘zrób to, albo przyznaj, że jesteś gorszy’. To wszystko jest zapakowane w przyjacielski konkurs, w którym wielokrotnie podkreśla się, że chodzi tylko o ‘zabawę i przyjaźń’, co prowadzi do tego, że historia jest na tyle poważna, że można się w nią wciągnąć, ale nie tyle, że sprawia wrażenie żałosnej.
Jak już wspomniałam, pierwszy sezon zaczyna się całkiem niewinnym prankiem. Generalnie wszystkie filmiki pierwszego sezonu są raczej niewinne, szczególnie patrząc na to, co stanie się później. Jest ich 13, w którym z wideo na wideo zarówno pomysłowość, jak i poprzeczka stale rosną. Wspólnie z widzami protagoniści uczą się tego, jak ta gra działa i w ogóle ustalają, że jest jakaś gra. Zaczyna się od tego, że Simon mści się za kubki, potem Rob mści się za zemstę i z niewinnej gry bardzo szybko robi się rywalizacja, w której chodzi o to, by udowodnić kto jest mistrzem żartów.
Fajnie się to obserwuje. Budowanie rzeczy, napady z przyjaciółmi na sklep budowlany, wydaje się to wszystko być niezłą frajdą. Potem czas wyczekiwania na reakcję, szczególnie, że każde wideo wymaga coraz więcej. Z 5000 kubków, co i tak już jest szalone, robią się inscenizacje z własnoręcznie zbudowanymi katapultami i inne takie. Każdy prank musi prześcignąć poprzedni, napięcie musi oczywiście rosnąć. Musi być trudniej, bardziej kreatywnie, a dla przeciwnika coraz bardziej szokująco. Myślę, że ten moment, kiedy od miesięcy jest się w grze i w końcu znowu ma się kolej, to chce się zrobić coś naprawdę niesamowitego. Nie tylko chodzi o dobre show, ale o dowód własnej zajebistości. Należy też wspomnieć o tym, że nie ma tu producentów i wielkich budżetów telewizyjnych. Wiem, że autentyczność na Youtubie to taka rzecz (szczególnie, że od jakiegoś czasu jest poważnym graczem na rynku medialnym, ale o tym jeszcze później), ale wierzę chłopakom, że w 2017 naprawdę robili sobie tylko żarty i mieli więcej motywacji niż zmysłu strategicznego.
Moje ulubione odcinki, czy ulubione żarty, pierwszego sezonu to z jednej strony katapulta XXL (która w sumie była tylko płętą do własnego game show) oraz gra laserowa XXL. Przy katapulcie Simon rozwinął własny, mały, tematyczny game show (Pobij Willa – gra słów oparta na tytule znanego niemieckiego game show) i co zrobiło na mnie największe wrażenie to to, jakie to kreatywne i obszerne, ten prank/wyzwanie/cokolwiek to było. Też chodziło oczywiście o to, by zastawić na Roba sprytną pułapkę i postawić poprzeczkę jeszcze wyżej, choć dla samego nakładu pracy muszę ten prank podziwiać. Oprócz tego lubię też tę grę laserową, ponieważ lubię kino szpiegowskie, ale też bo znowu ten prank wymagał dużo pracy i był jakiś taki emocjonujący, też dlatego, że była duża presja czasu.
Prawdziwie pokazowym prankiem jednak jest ten z pustynią, krótko mówiąc, Rob rozsypał 2 tony piasku w mieszkaniu Simona i stworzył małą fantazję rodem z 1001 nocy, oczywiście nie bez małego jump scare’a. Choć nie należy do moich faworytów to ten prank jest łatwy do zrozumienia i zapamiętania oraz jest doskonałym zobrazowaniem tego, o co w tej grze tak naprawdę chodzi i jaka jest możliwa skala kreatywnych przedsięwzięć.
Pod koniec sezonu pranki robią się coraz bardziej perfidne, kradzione są drzwi i okna, a nawet toalety. Osobiście nie chciałabym paść ofiarą czegoś takiego, ale jako kolejny etap w budowaniu napięcia historii dwóch braci jest to dosyć poruszające. Na początku mi się wydawało nawet zbyt chamskie, ale w zasadzie było to tylko dobre przygotowanie na to, co będzie się działo w drugim sezonie. No nic, trzeba iść dalej, a i czym byłby konkurs psikusów bez kilku osobistych ataków.
Finał pierwszego sezonu to prosta decyzja, impreza rozbiórkowa i całkiem dobrze zrobiona piosenka, która jest zarówno zwiastunem drugiego sezonu. O Youtubowej muzyce można powiedzieć co się chce, ale trzeba przyznać, że niektórzy naprawdę wiedzą, co robią, a w dodatku środowisko wytworzyło swoje własne, wcale nie tak niskie, standardy.
Drugi sezon to już inna para kaloszy. Ze swoimi 32 odcinkami jest najdłuższy. Zaliczają się do tego jednak nie tylko pranki, ale też vlogi. Od razu można zauważyć, że robi się poważnie, produkcja też już wygląda inaczej. Istnieje też konkretny początek, prankowa przysięga, która ustala jedyną zasadę tej gry – nie ma zasad. Wszystko wolno, co brzmi trochę dramatycznie, ale też daje przestrzeń na przedsięwzięcie dziwnych akcji. Nie mogę wyodrębnić żadnego pranka jako swojego faworyta (no chyba, że pewna całkiem wizualnie imponująca akcja z wyrzutnią konfetti) i wolę spojrzeć na całość – zupełną eskalację. Nie wiem ile z tego było zaplanowane wcześniej, ale wierzę chłopakom, że to nie było ustawione, choć wiadomo, widać, że już nie chodzi tylko o pranki, tylko też o vlogi i promowanie swoich kanałów, choć nie ma w tym nic złego.
Wszystko znów zaczyna się względnie niewinnie z malowaniem sobie nawzajem ścian. Powracającą postacią jest ‘zły właściciel’ mieszkania Roba, który za wszelką cenę nie może dowiedzieć się o tym, co się dzieje w jego własności. Za duży hałas, trzeba co chwilę ściany malować na biało – tak bardzo jak kibicuję chłopakom, dla takiego właściciela takiego rodzaju najemca może być dosyć stresujący. Tak czy siak, ściany są malowane, obrzucane bombami z farbą, loga drużyn są bezczeszczone, robi się coraz goręcej. Potem znowu osobisty cios, kiedy Simon musi stawić się wyzwaniu zrobienia sobie tatuażu. Chyba, że przegra sezon i przyzna, że ‘TeamBro to lepszy team’ – być może brzmi to lekkomyślnie albo żałośnie, ale w tamtym momencie musiał być to niezły dreszczyk emocji i duża presja. Jako kluczowy moment w historii też nie należy tego bagatelizować – staje się jasne, że chodzi o wszystko albo nic.
Od tamtego pranka wszystko zaczyna być bardziej szalone i skomplikowane, powiem tylko: własnej roboty escape roomy, śpiewające drogowskazy, zamurowane ściany i sejf z ptasznikiem. Wszystko na tyle się zaostrza, że widzowie musieli wyczekiwać kolejnych filmików w całkowitym napięciu, czekając na to co protagoniście kolejnego takiego zrobią.
I nagle, cisza. Trzy miesiące przerwy, po czym serial rusza znów takim ciosem twarz, że w sumie rozumiem, dlaczego ostatni miesiąc tego sezonu poszedł w tak negatywną stronę. Simon przywrócił swoje mieszkanie do stanu wyjściowego, po czym trzy dni później Rob maluje wszystkie jego ściany na różowo. Coś wtedy pękło, coś zostało poruszone, czego nie dało się odwrócić. Kolejnych akcji było mało, ale były srogie: tapetowanie ścian papierem prezentowym, kradzieże mebli i prank, który najwyraźniej prawie rozbił przyjaźń – kiedy Simon ukradł Robowi jego własnoręcznie zbudowane kino domowe. Moment reakcji Roba był bezcenny, ale nie chciałabym być na jego miejscu tego dnia. Na tyle, na ile jestem to w stanie ocenić, to ten krok od Simona był bardzo kontrowersyjny i musiały nastąpić vlogi z wyjaśnieniami, by opanować nastroje.
I wtedy był czas na finałową rozgrywkę. Od razu było widać, jak duże napięcie panowało między protagonistami – zdawali się być gotowi na walkę, chcieli udowodnić, kto jest lepszy i nie obyło się bez małych zgryźliwości. Finał odbył się w zbezczeszonym mieszkaniu Simona, widownia siedziała w kradzionym kinie. Moderatorem był inny Youtuber, Danergy, który wyprodukował i zaśpiewał piosenkę na początku drugiego sezonu oraz pojawiał się też czasem w serii jako postać drugoplanowa. Finał odbył się w Wigilię i powstały filmik był najdłuższy ze wszystkich poprzednich – trwał prawie 40 minut.
Ten finał był zdecydowanie walką o zwycięstwo. Było kilka dyscyplin, zręczność, wiedza, współpraca i tak dalej. Co mnie najbardziej zaintrygowało to to, ile było przy tym emocji. Ostatecznie chłopaki pojedynkowali się zabawkami albo grali w gry towarzyskie, i naprawdę o nic nie chodziło, ale tak się wkręciłam, że nie mogłam oderwać wzroku od ekranu. Punktem kulminacyjnym była ostatnia dyscyplina – szczęście. Było 2:2, czyli trzeba było szykować decyzję. Wyszło znowu kontrowersyjnie, bo okazało się, że chodzi o rzut monetą (uczyniony przez mistrza w rzucie monetą, żeby nie było, kto w ogóle ma takie pomysły) i wszyscy byli oburzeni. “I co, to już wszystko?”, pyta skonsternowany Simon, kiedy moneta bez fanfar ląduje w pięści mistrza monet, ale wynik jeszcze nie jest znany. Wtedy, po iście telewizyjnym zbudowaniu napięcia, zostaje ogłoszony zwycięzca i formalnie widać jak bardzo chłopaki są zmarnowani, jak po chwili wracają pozytywne uczucia względem siebie, bo walka dobiegła końca i kości zostały rzucone. Uważam, że nie mogło być lepszego zakończenia tego sezonu. Nie ma zasad – i ten rzut monetą idealnie to odwzorował.
Po półrocznej przerwie, w której widzowie niewątpliwie domagali się informacji o tym, kiedy będą pranki, Rob rozpoczął trzeci sezon małą zapowiedzią w stylu Gry o tron – albo raczej Gry o pranki. Przygotował kulisy w mieszkaniu Simona, przyjechał jako Jon Snow z Żelaznym Fotelem, zmusił Simona do włożenia kostiumu Khaleesi i w burzy sztucznego śniegu chłopaki debatowali na temat tego, co kolejnego ma się zadziać.
Ostatecznie podejmują decyzję, że każdy prank ma być wyzwaniem, któremu ten drugi musi sprostać, by zostać w grze. Poza tym mieszkania mają zostać pozostawione w spokoju i każde wideo będzie miało jakiś temat przewodni. Ten sezon jest krótszy, ma tylko 18 filmików, pojedyncze wyzwania przeciągają się na kilka odcinków, więc ogólnie jest mniej pranków, ale jakość produkcji tak diametralnie wzrasta, że nie można mieć im tego za złe.
W tym sezonie rzeczywiście uważam wszystkie pranki za niesamowite i mam kilka ulubionych. Pierwszy właściwy prank, kiedy Simon wywabia Roba na samotną wyspę w Mediaparku w Kolonii, jest jednym z nich. Nawet nie dlatego, że jest emocjonujący i zuchwały, tylko bo jest w nim pełno podstępów. Kilka dni wcześniej pojawił się filmik z chłopakami, który w sumie niewiele miał wspólnego z trwającym konkursem, chodziło tylko o trochę zabawy z ASMR. I mimo to, w tym filmiku Simon udaje, że czyta fanfiction, a tak naprawdę jest to wskazówka do rozwiązania jego pułapki, czego Rob jednak nie kuma. Jak dla mnie, ciekawa i kreatywna akcja.
Następnie dzieją się kolejne pranki, podchody i wyzwania, The Pranking Dead, Pranking Bad, Prankos i na koniec Jokester. Wszystkie te akcje są całymi historiami, z kostiumami, postaciami, elementami gier wideo na żywo, zaprojektowanymi grafikami i dużą dozą aktorstwa. Uczestnicy są odbierani z lotniska by stawić się przed szefem serowej mafii, nocą trzeba biec przez las, spotykając uciekinierów z więzienia oraz w opuszczonych kamperach są odpalane bomby dymne. Jeden z najlepszych momentów jest wtedy, kiedy Rob musi uratować swoich współlokatorów z opuszczonej fabryki, skradając się po jej terenie metodą urbexową i wspinając się na komin. Przedostatni prank odbył się w nowym domu TeamBro, a na sam koniec był intensywny, zainspirowany Gothamem escape room w jaskini.
Od razu można zauważyć, że ten sezon nie jest taki jak inne. Z jednej strony było dobrym pomysłem by uniknąć kolejnych zniszczeń we własnych mieszkaniach, a z drugiej trzeba zawsze iść do przodu. Poprzeczka musi być coraz wyższa i gdzie tu iść, kiedy już się wszystko wyprawiło w swoich mieszkaniach, prawie przelewając czarę goryczy? Te zuchwałe wzywania poza własnymi czterema ścianami też pozwalają na kolejny poziom napięcia i oferują większe możliwości, w końcu miejsce w mieszkaniach jest ograniczone.
Finał znowu jest konkursem, tym razem moderatorem jest Marc Eggers, model/gwiazdka/influencer. Ten odcinek wygląda jakby był wyprodukowany przynajmniej przez studio telewizyjne – czyste cięcia, dobre oświetlenie, dobrze zbudowane napięcie, po prostu dobra robota. Widać jak umiejętności obydwóch zespołów się przez lata rozwinęły i po prostu miło się ogląda. Znowu jest czas na poszczególne dyscypliny i na koniec znów chodzi o szczęście – choć tym razem z cieniem mocy wykonawczej, w postaci jednej z moich ulubionych gier – Egg Roulette, lub ‘Rosyjska Surowoletka’, jak nazywają ją w tym przypadku. Karton jajek, wszystkie są ugotowane na twardo, oprócz jednego. W każdej rundzie należy jedno jajko wybrać i uderzyć się nim w czoło i ten kto zrobi sobie odżywkę z surowego jajka, przegrywa – i cóż za wspaniałe zakończenie trzeciego sezonu. “Tak szybko może się skończyć”, podsumowuje Rob i nikt nie okazuje chęci do wiwatów, atmosfera jest raczej pogodna i przyjacielska i pełna zasłużonej ulgi.
Uważam, że rozwój tego serialu jest imponujący i przede wszystkim bardzo mądry, bo opowiadając historie trzeba móc utrzymać niesamowicie delikatną równowagę między ‘dawaniem ludziom tego, co znają i lubią’ oraz ‘czymś nowym, co utrzyma ich uwagę’. Nie miałabym też nic przeciwko, gdyby ten trzeci sezon był ostatnim. Każda opowieść ma własny czas i sztucznie ją utrzymywać przy życiu dla kasy, kliknięć albo czego jeszcze zazwyczaj nie ma sensu, przynajmniej nie w kontekście samej wartości historii. Uważam, że w dzisiejszych czasach to częsty problem, że duże wytwórnie nie zauważają, że historie, które opowiadają, w zasadzie już się skończyły. Niekończące się remake’i i sequele, gdzie nagle zwłoki zmartwychwstają albo podróż w czasie jest jedynym sposobem by urozmaicić fabułę – temat, na który mogę długo narzekać. Lepiej więc docenić, kiedy tak nie jest, i myślę, że w przypadku TeamBro vs TeamWill można wyjść z takiego założenia. To nie tak, że nie obejrzałabym kolejnego sezonu, gdyby się pojawił, szczególnie, żeby zobaczyć jak jego twórcy przewróciliby swój format do góry nogami – ale tak jak jest, też jest okej. Wyprodukowana seria jest znaczącym dziedzictwem niemieckiej historii Youtube’a i, chcąc nie chcąc, całkiem dobrą historią.
Jak już wspomniałam wcześniej, teraz czas na moją tabelkę w Excelu. Chcę napisać trochę o danych, które zebrałam i przeanalizowałam, aby umieścić całą tę historię w bardziej konkretnych ramach. Cała seria TeamBro vs TeamWill ma, według playlist, które w tym celu wzięłam pod uwagę, łącznie 63 odcinki i całkowitą długość 14 godzin i 38 minut, trwa więc mniej więcej tak długo jak Rick and Morty (sezony 1-4). Z oglądalnością tej produkcji chłopaki z Kolonii nie mogą się mierzyć, skoro już w samych Stanach kreskówka miała oglądalność rzędu 75,46 milionów, przynajmniej według Wikipedii, a jestem przekonana, że właściwa liczba jest niewyobrażalnie większa. Jak by nie było, wspomniani youtuberzy i tak wypadli całkiem spoko. Na szczęście na YouTubie łatwiej jest śledzić liczbę odsłon, co mi bardzo ułatwiło tę część pracy. Cała seria zebrała, w dniach, w których robiłam swoje badanie, czyli w okresie od 13.03.2021 – 16.03.2021, prawie 60 milionów kliknięć (dokładnie to 59,766,595), prawie 3 miliony lajków (2,856,000) i tylko ok. 65 tysięcy łapek w dół (65,296). Nie jest źle, szczególnie gdy wychodzi się z założenia, że to wszystko nie było do końca zamierzone, przynajmniej nie na początku.
Wyniki dla pojedynczych sezonów wcale mnie nie zaskoczyły. Najdłuższym i najlepiej ocenianym był sezon drugi, trwający 6 godzin i 36 minut, który zebrał ponad połowę odsłon – 30,249,483 – oraz większość lajków – 1,379,000. Najgorzej wypadł trzeci sezon, bo choć trwał prawie tak długo jak sezon drugi (5 godzin i 7 minut), zebrał tylko lekko ponad 8 milionów kliknięć (8,282,200) i tylko 679,000 łapek w górę. Sezon pierwszy, mający 2 godziny i 54 minuty, miał długość filmu pełnometrażowego i trwał nawet krócej niż Wilk z Wall Street. Za to zebrał dobre kliknięcia, 21,234,912 i do tego 789,000 lajków. Najkrótszymi odcinkami były różne anonse, a najdłuższe to rundy końcowe drugiego i trzeciego sezonu.
Teraz kilka słów o samej treści. Podzieliłam odcinki na różne kategorie i to co z tego wyszło, to to, że najczęstszym rodzajem contentu, występującym w serii, były vlogi. Na drugim miejscu były właściwe pranki, potem różnego rodzaju wyzwania: czelendże, podchody i escape roomy. Potem były jeszcze innego rodzaju treści, zapowiedzi, game show, reakcje, piosenka, mini-pranki oraz wyzwania-alibi (w sensie różne gry, które miały odwrócić uwagę od właściwych pranków). W kontekście kanałów, na których serial był publikowany, to Simon zdecydowanie wygrywa, jako że 35 filmików pojawiło się na jego kanałach, Simon Will i simon will freunde. CrispyRob wrzucił 27 odcinków serii na swój kanał i jeden wylądował na kanale Danergy – piosenka.
Jedną rzecz, którą jeszcze obliczyłam odnośnie treści to to, gdzie pranki miały miejsce. Tutaj rzeczywiście wyszło tak samo – 16 razy u Simona w mieszkaniu i 16 razy u Roba. Nie liczą się do tego zapowiedzi i vlogi, dlatego suma nie odpowiada liczbie odcinków. Poza tym 9 pranków odbyło się poza mieszkaniami, w i dookoła Kolonii.
Jedyne, czego w tej części brakuje, to mojej oceny. Łatwo się domyślić na podstawie mojego tekstu, że oceniam tę serię pozytywnie. Gdyby było inaczej to bym o niej nie pisała, w końcu to tutaj jest moim własnym kącikiem internetu, w którym chodzi o (dla mnie) ciekawe rzeczy.
Ale i tak mnie zaskoczyło, jak bardzo mnie ta historia wciągnęła. Oceniłam każdy odcinek określonymi wyrażeniami, potem je wszystkie zliczyłam i moją najczęstszą oceną było ‘niesamowite’. Bo dokładnie taka myśl mi najczęściej przychodziła przy oglądaniu tej serii – ‘wow, niesamowite co tam się dzieje’. Abstrahując od tego, na jakim wysokim poziomie filmiki były w kontekście montażu i tak dalej, sam wysiłek był po prostu niesamowity. Nie mogłam przestać się dziwić, z jaką dużą dozą kreatywności i gorliwości chłopaki podeszli do tematu.
Do tego oczywiście dochodzi fakt, że nie jestem chojrakiem, ale wspomnianych dwóch protagonistów tak oceniam. Pośrednio dzięki nim mogłam przeżyć te przygody i odczuwać ten sam dreszczyk emocji, co też jest katartycznym celem opowieści. Ponadto, dzięki temu, że to było ‘tylko dwóch kolesi’, którzy ‘po prostu robią filmiki’, ma się wrażenie, że to wszystkie dzieje się bliżej, bardziej rzeczywiście i autentycznie, przez co robi większe wrażenie, ale o tym za chwilę.
Jak już wspomniałam, sprawiało frajdę obserwować wszystkie przeprowadzone akcje. Szarże po sklepie budowlanym i zakup desek czy metalowych klatek czy czegokolwiek innego, by budować własne pułapki i przedmioty. Może nie dla każdego to jest coś wyjątkowego, ale dla mnie taka zuchwałość jest nie do pomyślenia. Nigdy w życiu nie wpadłabym na to by swoje własne mieszkanie, nie mówiąc już o cudzym, w taki sposób zdewastować. Ale jest w tym coś kuszącego i gdybym mogła, gdybym była wtedy Youtuberem w Kolonii, chętnie byłabym częścią tej bitwy. I myślę, że nie tylko ja.
Oprócz tego cenię tę serię za historię, za napięcie, które, wiedząc, czy nie, chłopaki zbudowali. Można uznać tę całość po prostu za pranki czy filmiki, ale uważam, że nić, która ciągnie się przez całą fabułę oraz jej rozwój, czynią ją czymś więcej niż tylko projektem wideo. I to mówi ktoś, kto przecież pranków nie znosi!
Sposób, w jaki twórcy podjęli się tematu, znów, mniej lub bardziej świadomie, zrobił z niewinnej gry turniej, który oglądało miliony ludzi. Co oczywiście nie jest miernikiem jakości, ale też nie należy tego bagatelizować. Postaci są tak charyzmatyczne i motywacje tak jasne, wszystko jest zapakowane w robiące wrażenie wyczyny, które z każdym razem są coraz bardziej ekstremalne, tak, że nie można oderwać wzroku. Tej historii bieg, stary jest jak świat – i dwóch młodych zuchwalców walczących o honor to wręcz podstawy klasycznego prowadzenia narracji.
Chłopaki też wydają mi się generalnie sympatyczni i szczerzy i można było zauważyć, co ta gra z nimi robiła. Z dramaturgicznego punktu widzenia jest to doskonały fundament, by zbudować wciągającą historię. Za kulisami, na co dzień, musiało to wszystko być tym bardziej stresujące, niż można było to obserwować w dostępnych klipach, Rob nawet wspomina coś w tym rodzaju pod koniec finału trzeciego sezonu: “Rzecz w tym, że ludzie nigdy nie będą czuli tego, jak my to czuliśmy, ten strach, że codziennie możesz być wyruchany.” Być może nawet lepiej tak, że to wszystko stało się naturalnie i nikt się na takie rzeczy nie nastawiał, żeby ta opowieść w ogóle mogła w tej formie powstać.
W mojej ocenie pojawiają się jeszcze takie określenia jak ‘jakość’, ‘ciekawe’, ‘mocne’, ‘śmieszne’, ‘pracochłonne’, ‘kreatywne’ i ‘sprytne’, więc chyba już nie muszę nic dodać. Jako całość polecałabym tę serię. Nie każdemu przypasuje i w ogóle rozrywka na Youtubie to taka rzecz, ale mi jak najbardziej pasuje. Podoba mi się to, że wszystko jest robione na własny rachunek, choć uważam, że należy w ogóle traktować produkcje youtubowe bardziej poważnie. Nie tylko dlatego, że oglądalność się zgadza, ale też bo sieciowe społeczności w wielu krajach stały się na tyle profesjonalne, że grają w tej samej lidze co tradycyjne formy rozrywki. To jest oczywiście szerszy temat, ale samo uczestniczenie w tym rozwoju jako widz jest czymś naprawdę fajnym. I jeśli przy tej okazji jeszcze wytwarzają się takie ciekawe historie, które mogę jako amatorski dziennikarz youtubowy opisywać i dla beki rozłożyć na czynniki pierwsze, no to w ogóle wszystko jest spoko.
- Reality TV & autentyczność
YouTube samo w sobie jest ciekawym medium. Tak jak przy okazji historii dwóch braci, też sama platforma się rozwinęła w sposób dosyć organiczny. Przynajmniej na początku, bo w międzyczasie jest zalana komercyjnymi treściami i wycinkami z tradycyjnych mediów, które w ten sposób dążą do zwiększenia swoich zasięgów.
Na przestrzeni lat rozwinęły się różne własne formaty na Youtubie, choć dużo zostało też przejętych z tradycyjnych mediów. Niezależnie od tego forma produkcji jest dosyć dowolna, co też jest powodem dlaczego nie mogę znaleźć pasującej nazwy do tego, co w tym artykule opisuję. Piszę konkurs, rywalizacja, gra, bitwa – ale czym to do końca jest, nie mam pojęcia. Protagoniści sami to nazywają show, ale show jest po pierwsze tak dużym pojęciem, że w sumie może oznaczać wszystko, a po drugie termin show zakłada pewien rodzaj planowania i struktury, którego u TeamBro vs TeamWill nie ma, czy nie było przynajmniej na początku.
Jak by nie było, szukając pasującej nazwy naszła mnie myśl, że cała ta historia przypomina mi reality show. W czasie studiów jakiś czas się tym tematem zajmowałam, więc kilka określeń było mi znanych. Na przykład to, że jedną z kategorii reality show jest game show, a kilka pranków w TeamBro vs TeamWil właśnie takimi były, już nie mówiąc o tym, że ostatecznie cała rozgrywka została przedstawiona w ten sposób. Może więc coś w tym jest.
Krótki przegląd definicji i zakresu “telewizji rzeczywistości” wskazuje na to, że omawiana produkcja rzeczywiście ma ten sam, czy przynajmniej podobny charakter.
Pierwszy raz tak naprawdę zainteresowałam się tematem reality TV, kiedy zobaczyłam filmik, w którym przedstawiono teorię, że te same taktyki, które doprowadziłyby do zwycięstwa w reality game show, też doprowadziłyby do zwycięstwa w Igrzyskach Śmierci ze świata stworzonego przez Suzanne Collins. Pomysł był taki, że Igrzyska Śmierci tak naprawdę nie są zawodami, tylko właśnie game show, oglądanym przez mieszkańców Kapitolu. Wydawało mi się to wszystko rozsądne więc od razu sprawiło, że zainteresowałam się telewizją rzeczywistości nieco bliżej.
Annette Hill, badaczka, która w swojej książce “Reality TV: Audiences and Popular Factual Television” dokładnie tą tematyką się zajmuje, pisze: “Reality TV jest słowem-wytrych na szeroką gamę programów rozrywkowych o prawdziwych ludziach. Czasem nazywana popularną telewizją faktu, reality TV znajduje się na granicy między informacją i rozrywką, dokumentem i dramatem.” Definicje w tekstach, do których miałam dostęp, czyli angielskie, niemieckie i polskie, niewiele różnią się od tej przed chwilą wspomnianej. Wiele z nich koncentruje się bardziej na konkretnych cechach reality TV niż na samej definicji. I tak pisze na przykład Richard Kilborn w 1994: częścią reality TV jest “a) nagrywanie ‘w locie’, często przy pomocy lekkiego sprzętu wideo, wydarzeń w życiu jednostek lub grup; b) próba symulacji takich wydarzeń z prawdziwego życia poprzez różne formy udramatyzowanej rekonstrukcji; c) włączenie takich treści w odpowiednio zmontowanej postaci w atrakcyjnie opakowany program telewizyjny, który może być reklamowany na podstawie swojego orzeczenia o rzeczywistości.”
Do tego należą jeszcze dyskusje na temat interaktywności tej formy telewizji i coraz większą wolą bycia monitorowanym, jak na przykład opisuje to Mark Andrejevic w swojej książce: “W kontekście wschodzącej, interaktywnej gospodarki, reality TV jawi się nie tylko jako kolejny trend programowy, ale jako format dopasowany do swojego momentu w historii, w tym sensie, że łączy dwie wersje interaktywności. Obietnicą używaną przez reality TV jest to, że poddanie się kompleksowemu nadzorowi nie jest tylko wyzwaniem budującym charakter i “growth” experience, ale jest to też sposób na partycypację w medium, które długo przypisywało widzowi rolę biernego obserwatora. Funkcjonuje więc doskonale jako reklama zalet poddania się kompleksowemu nadzorowi w erze, w której takie poddanie się jest coraz bardziej produktywne. Ta obietnica – dostępu do tego, co rzeczywiste, poprzez kompleksowy nadzór – pokrywa się z tymi danymi przez rewolucję interaktywną w ogóle: widzowie niech będą uczestnikami. Większość niech przejmie role zmonopolizowane przez uprzywilejowaną mniejszość […].” Abstrahując od tego istnieje nawet jeszcze cała lista na Wikipedii, dotycząca krytyki wobec reality TV, w kontekście inscenizacji, negatywnych politycznych i kulturowych wpływów i faktu, że taki rodzaj telewizji może też być widowiskiem upokorzenia.
Ponadto do tego tematu należą jeszcze debaty o właściwych gatunkach i formatach, które reality TV ma do zaoferowania. Na początku chodziło przecież tylko o nagrywanie ‘prawdziwych’ wydarzeń, ale na przestrzeni lat powstało wiele podgatunków, tak jak wspomniany game show na przykład, ale też docusoap, programy randkowe, reality sitcom, wersje istniejących formatów z celebrytami, gry i programy lifestylowe i konkursy talentów, żeby tylko wspomnieć o kilku. Te konkretne zaproponowały Susan Murray i Laurie Ouellette, choć określenia różnią się w zależności od kraju i badaczy.
Mam nadzieję, że konkluzją wynikającą z tego krótkiego naukowego kursu o reality TV (podpartego kilkoma ulubionymi cytatami) jest to, że wiele z omawianych spraw dotyczy również treści dostępnych na Youtubie. Z jednej strony wymieszanie różnych formatów i skupienie się na prawdziwości, z drugiej wytworzenie własnych gatunków i korzystanie z określonego, lekkiego sprzętu. Oczywiście nie wszystko jest w stu procentach zgodne i też nie chcę nikogo oskarżać o tworzenie stereotypowo ‘tanich produkcji reality show’, ale ten rodzaj formatu zdaje się przypasować zarówno widzom, jak i twórcom, i niekoniecznie tylko dlatego, że jest względnie łatwy i tani w produkcji.
Do tego jeszcze dochodzi specyficzny charakter nowych mediów. Ze względu na ich zwiększoną interaktywność i inne aspekty typu konwergencja mediów, żeby zabrzmieć raz mądrze, model komunikacji tradycyjnych mediów zmienił się z opcji jednokierunkowej (jeden mówi do wielu) w opcję wielokierunkową (wielu mówi do wielu), co tworzy wysoce interaktywną sieć połączeń komunikacyjnych. Społeczność w każdej sekcji komentarzy na Youtubie staje się ważną częścią bycia Youtuberem i gra nie tylko rolę widza, ale też w pewnej mierze rolę producenta. Wpływa na treści, jest źródłem dochodów i twórca musi dbać o to, by swoich widzów zadowolić. Wyobrażam to sobie trochę jak ten stereotypowy obraz rzymskich widzów w koloseum. Kciuk w górę lub w dół, w pewnym sensie w pełni kontroli, ale też nieświadomi swojej władzy.
Dlatego też z jednej strony się cieszę, że odkryłam te zawody dopiero po fakcie, żeby właśnie nie utonąć w fali szczekającej sfory i być może rozwinąć poglądy, które powstają tylko wtedy, kiedy jest się za blisko sprawy. Mówiąc inaczej, kiedy jest się tak wciągniętym w coś, że nawet już nie można robić sobie złudzeń, że jest się obiektywnym. Z drugiej strony też mi trochę szkoda, że nie mogłam śledzić wszystkich sezonów w czasie rzeczywistym, bycie częścią publiczności byłoby ciekawym doświadczeniem, szczególnie że wtedy miałabym okazję przyjrzeć się niektórym fenomenom z bliska.
Teraz mam więc tylko ten jeden punkt widzenia i to też jest w porządku. Myślę, że tak czy siak doszłabym do tych samych wniosków, mianowicie, że TeamBro vs TeamWill nie jest klasycznym reality TV tylko czymś więcej. Wiele elementów jest takich samych, ale można też zaobserwować nowe rzeczy. Jest to wręcz reality plus, kiedy obserwujemy prawdziwych ludzi w prawdziwych sytuacjach, którzy naprawdę tylko kierują na siebie kamerę, bez wielkiej machiny produkcyjnej za kulisami. Jako widz ma się trochę wpływu i tym samym tworzy się zamknięte koło między twórcą a społecznością, zmieniającymi się nawzajem, choć w pewnym sensie nadal tkwiącym w tradycyjnym modelu – bo w końcu to twórca jest tym, który stoi po mocniejszej stronie nierównowagi siły, czy w zasadzie nierównowagi uwagi.
Co jednak jest ciekawsze od znalezienia określenia dla omawianego show to moim zdaniem kwestia autentyczności. Bo to jest kluczowy punkt sprzedaży YouTube’a – i tak samo było w przypadku reality TV. Już wspominałam, że doceniam to, że chłopaki tworzą swoje produkcje na własny rachunek i że zakładam, że podeszli do tematu z dobrymi intencjami, nie planując jakiejś szczególnie dużej rzeczy, która miałaby tylko przynosić hajs – jedyny komentarz do tego znajduje się w jednej linijce piosenki od Danergy: “Więc znajdź […] kogoś, kto ma tak samo wyjebane na kliknięcia!”
Czy naprawdę tak jest, ciężko mi stwierdzić, ale wychodzę z takiego założenia. Takie to sprawia przynajmniej wrażenie i ciężko mi jest sobie wyobrazić, że ktoś mógłby tyle czasu udawać bycie kimś innym. Takie rzeczy się dzieją, oczywiście, ale im bliżej stawia się twórcę i widza, tym trudniej taką grę pozorów utrzymać. A przy Youtubie jedyne, co stoi między tymi dwiema stronami to po prostu kamera, więc granica jest dosyć cienka.
Im bardziej Youtube rósł i im częściej uznawano jego komercyjny potencjał, tym częściej pojawiało się pytanie o autentyczność. Choć już od samego początku były z tym problemy, bo już, przebrane za ‘prawdziwe doświadczenie’ web show lonelygirl15 pokazało w latach 2006-2008 jak łatwo jest nabrać się na udawaną rzeczywistość vlogową (co też nie jest niczym nowym w przypadku nowych mediów – trzeba tylko wspomnieć o radiu i Orsonie Wellesie i jego Wojny Światów). Youtuberka Lindsay Ellis zajmuje się tym tematem w swoim wideo-eseju “YouTube: Manufacturing Authenticity (For Fun and Profit!)” i w zasadzie wniosek z niego jest taki, że autentyczność na Youtubie jest towarem, który można wyprodukować dla zysku, choć wiadomo, nie zawsze tak jest. Istnieją twórcy, którzy mają szczere chęci ze swoimi projektami, tylko bo jest to frajda albo bo chcą coś wyrazić. Przy czym należy pamiętać, że nic na Youtubie nie jest w stu procentach ‘prawdziwe’ i nawet nie chodzi o to, że jakoś w negatywnym sensie. Po prostu treści są montowane i każde cięcie oznacza jakiś punkt widzenia. Poza tym, “Wszystkie treści są kultywowane”, mówi Lindsay, “nikt nie może przedstawić pełnię przeżywanego doświadczenia na tej platformie.”
Najlepsza analiza, moim zdaniem, na temat autentyczności, została poczyniona na kanale Philosophy Tube. Wideo pt. “YouTube: Art or Reality?” rozprawia się z tym tematem nie tylko z perspektywy widza, ale też twórcy i poprzez mistrzowską grę aktorską utworzone postaci debatują na temat granicy między rzeczywistością a sztuką i co prawda tak właściwie oznacza (i czy aby na pewno jest ona tak istotna w każdym kontekście, szczególnie, że w sztuce jest jej kilka rodzajów). Ale o tym wideo jeszcze napiszę więcej za chwilę.
Tak zupełnie na boku, co też jest ciekawą częścią amatorskiego dziennikarstwa youtubowego, interesujące jest to, jakie to medium jest autorefleksyjne. Szczególnie w tej części ‘lefttubowej’ czy ‘breadtubowej’, do której należą zarówno Lindsay Ellis, jak i Philosophy Tube, często mówi się o świecie Youtubie na wysokim meta-poziomie, choć nie tylko tam. Innym przykładem, polskim, jest seria Policja na Jutjuba na kanale Everyday Hero. Commentary i reakcji na polskim Youtubie jest dużo, a Orestes, gospodarz Everyday Hero, skupia się w głównej mierze na tematach około weganizmu, ochrony środowiska i ateizmu, co nie zmienia faktu, że bardzo jego produkcje lubię i są one dobrym przykładem wspomnianej autorefleksji. Ten akurat twórca i jego społeczność, i im podobni twórcy i ich społeczności, różnią się od innych mediów tym, że analizują własne podwórko i odsuwają się od tych, którzy tworzą problematyczne treści. Co jest częścią autorefleksji – i powodem dla którego większość źródeł, na które się tutaj powołuję, jest typowo internetowa, a wiele z nich to też filmiki na Youtubie.
Wracając jednak do tematu, w zasadzie na Youtubie chodzi o ‘prawdziwych’ ludzi, którzy po prostu pokazują siebie. Jest w tym pewien urok. Nie tylko dlatego, że jest to poziom wyżej niż zobaczenie kogoś w telewizji, bo nagle ma się uczucie, że ‘celebryta’ jest bardzo blisko, i nie tylko dlatego, że prędzej ma się uczucie ‘hej, to mógłbym być ja’. Na pewno do tego dochodzą jeszcze nasze ludzkie skłonności do voyeuryzmu i być może też, co jest moim argumentem, potrzeba przeżycia dobrej historii. Kluczem do tego wszystkiego jest autentyczność, ponieważ jest ona wspólnym czynnikiem. Chcemy ‘prawdziwych’ rzeczy, rzeczy, które ‘naprawdę’ się stały. Chcemy trochę podglądać, zobaczyć trochę, jak żyją inni. Ja z pewnością tak mam. Często zastanawiam się nad kwestią autentyczności, co ona w końcu znaczy i dlaczego jest dla mnie tak inspirująca. Że lubię Youtube’a, to wiadomo, ale uwielbiam też na przykład filmy biograficzne albo oparte na prawdziwych faktach, więc pytanie o to pojawia się u mnie dość często.
Choć przy tym wszystkim mam generalnie więcej pytań niż odpowiedzi. Bo jak w ogóle można stwierdzić, czy coś jest ‘prawdziwe’ albo ‘autentyczne’? Przy filmach jest łatwiej, w końcu to produkty, nieważne jak ładne, albo jak bardzo chce się wierzyć iluzji, albo poddać się zawieszeniu niewiary. Coraz łatwiej też zdać sobie sprawę z tego, że filmy oparte na faktach najczęściej z prawdą mają niewiele wspólnego w końcu można to wszystko łatwo sprawdzić w sieci. Ale jak ta sprawa wygląda w przypadku Youtuba i bardziej szczegółowo, historii dwóch braci? W którym momencie umiera autentyczność? W którym momencie persona, którą się przybiera, zmienia się we własny charakter? Czy jest na odwrót, że własny charakter tworzy personę? Czy wraz z decyzją, by przedstawić TeamBro vs TeamWill oficjalnie jako show, to wszystko staje się nagle ‘produkowane’ i ‘nieautentyczne’? Bo w końcu nadal dzieją się te same rzeczy – ludzie robią sobie żarty. Gdzie jest granica, kiedy ze zwykłego pomysłu na filmik robi się historia?
W jednym z poprzednich swoich artykułów wspomniałam o Studio Accantus, grupie śpiewaków, za którymi jeździłam po całym kraju, żeby pójść na ich koncerty. To był też ciekawy czas w rozwoju ich grupy, ponieważ był to dokładnie przeskok między byciem amatorem a fejmem – jakkolwiek by to nie brzmiało. Pierwsze koncerty były niedrogie i kameralne, można było pogadać i robić sobie zdjęcia, przytulić się i generalnie tych ludzi poznać. W przeciągu roku jednak społeczność zrobiła się tak duża, że w końcu wszystko wyeskalowało i staliśmy się niebezpieczeństwem dla artystów, bo nas było po prostu za dużo. Hale koncertowe stawały się coraz większe, bilety droższe i już nie było spotkań na backstage’u. Z tłumu bardzo szybko mógł zrobić się motłoch i z ludzi, których można było poznać, zrobili się nagle artyści, obcy (którymi przecież zawsze byli, niezależnie od tego jak często podało się im ręce, ale wrażenie było inne) i gwiazdy grupy z Youtube’a. Zauważenie tej zmiany było czymś zdecydowanie kuriozalnym.
I tak można generalnie pytać dalej w kontekście twórców na Youtubie – gdzie jest granica między człowiekiem a personą? Czy można zawsze pozostać takim samym, kiedy z chłopaka z sąsiedztwa przemienia się nagle, albo na przestrzeni lat, w internetową gwiazdę? Co w ogóle oznacza bycie ‘prawdziwym’? Nie wiem i mam wrażenie, że nie ma tak naprawdę pasującej odpowiedzi, wszystko jest względne i trzeba wszystko na nowo rozpatrywać i oceniać, zależnie od określonego kontekstu. Skoro jednak już wspomniałam o personie, pozostaje do rozważenia jedna ważna kwestia w tym artykule i dla mnie nawet najciekawsza.
- Relacje paraspołeczne & persona
Wspomniałam już o filmiku Abigail Thorne (z kanału Philosophy Tube) “YouTube: Art or Reality?”. Jest to jeden z moich ulubionych filmików, bo przedstawia naprawdę dobrą historię, choć jest ona dosyć prosta – przesłuchanie. Ponadto omawiane tematy są bardzo ciekawe. Jak już wspomniałam, w tym przedstawieniu chodzi o kwestię prawdy i jej znaczenia, sztuki i autentyczności. Ważna jej część dotyczy też relacji paraspołecznych – na czym się skupię w tej części artykułu, ponieważ jest to niebywale ciekawe zjawisko.
Pierwszy raz relacje paraspołeczne pojawiają się w pewnym artykule z roku 1956: “Jedną z uderzających właściwości nowych mediów masowych – radia, telewizji i kina – jest to, że stwarzają one iluzję osobistej relacji z odtwórcą. Reakcje na odtwórcę są analogiczne do tych we własnej klice. Najdalsi i najsławniejsi ludzie są poznawani, jakby byli częścią najbliższego środowiska; to samo dotyczy postaci w opowieści, która jest przywoływana do życia za pomocą tych mediów w szczególnie żywy i frapujący sposób. Proponujemy nazywać tę pozornie osobistą relację między widzem a odtwórcą relacją para-społeczną.” Choć ten artykuł powstał relatywnie dawno, należy zachować tę pierwszą definicję w pamięci. Dużo z tego, o czym piszą autorzy Horton i Wohl, nadal jest aktualne.
Żeby jednak rzecz uprościć, relacje paraspołeczne są relacjami, które są jednostronne i najczęściej dotyczą osób publicznych albo fikcyjnych postaci. Myślę, że ten fenomen jest ogólnie znany, nawet jeśli jego nazwa nie jest. Już jako dziecko tworzy się relacje do swoich ulubionych postaci, które zna się z książek albo telewizji i to się nie zmienia, niezależnie od tego jak bardzo dorosłym się wydaje, że się jest. Ma się ulubionych bohaterów, lubi się określone głosy określonych ludzi z radia czy podcastów i nawet kiedy jakiś film nie wydaje się być szczególnie dobry, to kiedy gra w nim ulubiony aktor, to można sobie nawet puścić.
I relacje paraspołeczne, jako wyraz emocjonalnego zaangażowania, też przyczyniają się do tego, jak podobają nam się historie. Nie ma dużo historii na świecie, w sensie pojedynczych sekwencji wydarzeń, a zresztą ludzie mają też tendencję do tego, by chcieć usłyszeć historie, które już znają. Jedyne co się zmienia, to forma. Do każdego przemawia co innego i każdy angażuje się inaczej w różne fabuły. Przy Youtubie można mieć wrażenie, że z reguły historie są na drugim miejscu. Ludzie spoza środowiska czasem się dziwią, że jak to, że się ogląda jak ludzie jedzą albo żyją na co dzień. Ale właśnie w tym rzecz – ogląda się ich, bo chodzi o samych ludzi, o tę osobę, która opowiada tę historię i własne poczucie widza, emocjonalne związanie, czyli ta relacja paraspołeczna, którą się do danej osoby nawiązuje.
Osobiście uważam, że relacje paraspołeczne nie są niczym złym, tak ogólnie. Wiem, że mi jest łatwo takie relacje nawiązywać i jestem tego całkowicie świadoma. Mam wystarczająco dużo merchu od różnych artystów i z różnych filmów, żeby wiedzieć, co się dzieje. Jakakolwiek sympatia albo więź, którą czuję, dzieje się tylko w mojej głowie i to jest całkowicie w porządku. Wiem, że jak tylko znajdę coś innego ciekawego to moje fascynacje się zmienią, a w ogóle nie jestem typem człowieka, żeby ludzi online lub offline prześladować (no dobra, może z tymi śpiewakami to sprawiało takie wrażenie, ale to serio jest granica mojego entuzjazmu i na szczęście w międzyczasie już wyrosłam z tego wieku). I tak jak zauważa w swoim wideo Abigail, relacje paraspołeczne mogę też być dwustronne, bo w końcu twórca też może nawiązać pewnego rodzaju emocjonalną więź do swoich fanów – nie mogę tego ocenić, ale jeśli ona, jako całkiem znana twórczyni, tak mówi, to jej wierzę.
Oczywiście relacje paraspołeczne mają też ciemną stronę i nie chcę ich umniejszać, chociaż trochę boli, że muszę powiedzieć negatywne rzeczy o czymś, co uważam za pozytywne. Kolejna twórczyni, Shannon Strucci, zaczęła całą serię na temat relacji paraspołecznych, żeby właśnie te ciemne strony naświetlić. Główne wideo jest długości filmu pełnometrażowego, ale i tak warto je obejrzeć. Najoczywistsza negatywna strona relacji paraspołecznych to możliwość nadużyć i wykorzystania. Często można to zaobserwować w przypadku nastoletnich gwiazd, niezależnie z której ery, czy chodzi o telewizję, kino, Youtube’a albo TikToka. Szczególnie w przypadku młodych mężczyzn i ich fangirli – najczęściej nieletnich – które kupują ideę, że kiedy ich ulubiona gwiazda mówi do kamery: “Kocham cię”, to jest to prawda. Każdy w pewnym momencie swojego życia ma obsesję jakąś gwiazdą i dopóki to nie przekształca się w coś niekontrolowanego to nie ma problemu, w końcu to też są uczucia, które trzeba nauczyć się mieć.
Problematycznie robi się w momencie, w którym pieniądze rodziców znikają nagle na produkty fanowskie albo podróże, kiedy celebryci nie mogą przejść w spokoju przez ulice albo kiedy młode groupies znajdują się nagle w przestrzeniach backstage’owych, gdzie mąka nie jest po to, by piec ciasta. To wszystko wynik relacji paraspołecznych. I nawet nie chcę za to obwiniać osoby publiczne, one są tak samo ofiarami tego systemu. Nie potrafię sobie wyobrazić jak to musi być żyć w takim świecie. Kiedy jest się nieludzko ubóstwianym i nie wolno przy tym odlecieć albo oszaleć, jest się narażonym na tyle psychicznych, a czasem nawet fizycznych niebezpieczeństw, a przy tym nie wolno nawet narzekać – bo w końcu ‘ma się lepiej’. Do tego ma się dużo odpowiedzialności, bo jak już wcześniej wspomniałam, jako znana osoba jest się dominującą stroną nierównowagi siły, czy raczej nierównowagi uwagi między celebrytą i fanem.
I na Youtubie nie jest inaczej. Zawsze kiedy Youtuber mówi “Cześć, jak się macie” to wspiera rozwój relacji paraspołecznej do swoich widzów – świadomie lub nie. Do tego dochodzi dosyć dokładny i intymny wgląd w codzienność tego człowieka, co też powoduje, że ma się wrażenie, że się go zna. Obojętnie jak ograniczony, albo, jak wcześniej wspominałam, redagowany ten wgląd by nie był – wrażenie jest takie, że ogląda się prawdziwego człowieka w jego prawdziwym życiu i że ten człowiek cię nawet lubi. Bez fanów był(a)bym niczym, często się słyszy, i to działa na wielu poziomach.
Oczywiście to nic nowego, bo w pewnym sensie bohaterowie i idole, czy w międzyczasie osoby publiczne, są po to, żeby być wzorcem do naśladowania, żeby właśnie ten wgląd w życie zapewnić i jeśli jeszcze są częścią przemysłu rozrywkowego, to chce się ich zasługi wynagrodzić uznaniem.
I nie każdy wytwarza autentyczność albo rozwija relacje paraspołeczne, żeby robić hajsy. Nie każdy sprzedaje konkretny wizerunek, żeby robić kliknięcia, albo wykorzystywać nieletnich. Pewnie często jest tak, że po prostu działa. Że ludzie chętnie oglądają innych, czasem kupią książkę, albo T-shirt, twórca czuje się afirmowany i doceniony i zdobytym wynagrodzeniem może zacząć kolejne projekty, którymi widz lub fan znów może się cieszyć.
Ale nawet jeśli wchodzi się w albo umożliwia tworzenie się relacji paraspołecznych, trzeba być ostrożnym i to jest właściwie to, co chcę powiedzieć tą częścią swojego artykułu. Jest tyle różnych zjawisk w świecie masowej komunikacji, spirale milczenia, echo chambers, bańki filtracyjne i tak dalej i relacje paraspołeczne też do tego po prostu należą. Jeśli chce się konsumować (lub projektować) media w sposób odpowiedzialny, to trzeba takich rzeczy być po prostu świadomym i nauczyć się je rozpoznawać, kiedy się dzieją, żeby móc z nimi się rozsądnie obejść (co, swoją drogą, jest dobrym argumentem edukacji medialnej od najmłodszych lat).
Dla mnie ten temat jest taki ważny, bo dokładnie w przypadku historii dwóch braci straciłam tę perspektywę na chwilę. Jak już wspomniałam na początku, kiedy natknęłam się na te show szło mi źle. Abstrahując już od pandemii – była jesień, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i miałam wiele niezbyt pozytywnych myśli. I że i tak łatwo mi jest obsesyjnie zająć się jakimś wytworem medialnym, to w zasadzie powinnam była od razu zauważyć, co się dzieje.
Ale po prostu pozwoliłam się temu dziać, to było jedyne, co mi w tamtym czasie sprawiało jakąkolwiek frajdę i myślałam sobie, że lepiej to niż co innego. I tak łatwo jest wpaść w relacje paraspołeczne, łatwo jest nie odzywać się do ludzi w prawdziwym świecie, kiedy są tam tacy fajni kolesie, którzy zawsze mają dobry nastrój i niczego od ciebie nie oczekują. Łatwo jest zanurzyć się w świecie, w którym zawsze wszystko się udaje, w którym wszyscy mają chęć do życia i w którym codzienność wydaje się być lepsza od własnej.
Ale pozory oczywiście mylą i na szczęście wywinęłam się z tej emocjonalnej więzi równie szybko, jak w nią weszłam. W zasadzie to słodkie, jak o tym sobie teraz myślę, jaki ten skonstruowany świat był dla mnie w tamtej chwili ważny. Co, jak już mówiłam, tak ogólnie nie jest niczym złym, pomogło mi to przetrwać kilka słabych miesięcy, nie stałam się obsesyjnym stalkerem i skumałam wystarczająco wcześnie, że włączył się paraspołeczny mechanizm.
I koniec końców doprowadziło mnie to do pisania tego artykułu, gdzie mogę opisać wszystkie sprawy, te lata, które spędziłam z Youtubem i gdzie mogę udawać, że nadaję temu jakiś pseudo-dziennikarski kontekst. Jak dla mnie to zdecydowanie powód do radość.
W tej mozaice kuriozów masowej komunikacji brakuje tylko jeszcze małej cząsteczki – persony. Bo, tak jak zdefiniowali to Horton i Wohl, przedmiotem relacji paraspołecznej może być artysta lub odtwórca i idąc dalej – celebryta albo osoba publiczna. Ale relacje paraspołeczne dotyczą też fikcyjnych postaci, więc rodzi się pytanie, jaki jest między nimi związek?
Moja hipoteza, z powodu której też oznaczyłam pierwszą część tego artykułu bardzo określonym disclaimerem, to to, że między tymi dwiema rzeczami nie ma zbyt dużej różnicy, w sensie między osobą publiczną a fikcyjną postacią. Być może jest to tylko usprawiedliwieniem dla siebie, żeby móc z czystym sumieniem konsumować i wytwarzać niekoniecznie niewinne produkty pracy fanowskiej, to jest opowiadania i grafiki, chociaż myślę, że za tym stoi coś więcej.
Bo czysto operatywnie, więc tak, jak działa to na co dzień, na pierwszy rzut oka nie ma dużych różnic między nimi. Youtuber czy superbohater – obydwa mogą być przedmiotem relacji paraspołecznej i często nimi są. Równocześnie są dla konsumentów równie niedostępni. Oczywiście prędzej można spotkać twórcę niż Supermena, ale pytanie kogo się właściwie wtedy spotyka? Bo z pewnością nie osobę prywatną, którą dany celebryta jest. Spotyka się personę, tożsamość, którą poznaje się przez wyselekcjonowane wycinki na platformie albo w telewizji.
Do tej dyskusji też należy aspekt pracy emocjonalnej, czyli wysiłku emocjonalnego, który trzeba wykonać w poszczególnych kontekstach. Tak jak osoby publiczne, które muszą wykazać się publicznie pewnymi cechami charakteru, które są częścią ich wizerunku, niezależnie od tego, jak się w danej chwili czują. Kiedy ktoś da się poznać jako żartowniś, to już tym żartownisiem pozostaje. Wydaje mi się, że John Mulaney kiedyś zażartował w jakimś wywiadzie, że Eminem na pewno też nie ma ochoty zawsze być twardym raperem, ale że pewnie byłby z chęcią też czasem wyluzowany i śmieszny. Bo ludzie nie są tylko jedną rzeczą, albo jedną cechą charakteru. Przy celebrytach to się czasem zatraca, bo rodzi się oczekiwanie, że będą zawsze tacy, jakich ich się zna. Ale nie jest to przecież możliwe, bo każdy ma lepsze i gorsze dni, a do tego na szczęście zawsze się uczymy nowych rzeczy i rozwijamy się, co oznacza, że osobowość nie jest czymś niezmiennym.
Przy tych tematach zawsze muszę myśleć o esejach popkultury Chuck’a Klostermana pt. “Sex, Drugs and Cocoa Puffs”. Tam opisuje, znów w kontekście reality TV, jak istotne jest to, by mieć jako postać show konkretne cechy, które określają osobowość. Tylko jeśli jest się kimś Określonym, kogo widz może jasno rozpoznać, ma się w ogóle szansę, by wybić się z tłumu przepełnionego jednostkami. To oznacza, że w takich sytuacjach trzeba sobie swoją osobowość w pewnym sensie zaprojektować, dopasować swoje myśli i zachowania tak, by były wersją przyjazną opowiadanej historii.
Nie chcę przez to powiedzieć, że persona jest koniecznie zafałszowanym obrazem człowieka. Zachowanie i wizerunek persony może się w 100% pokrywać z ‘prawdziwym ja’ osoby prywatnej i nadal nie być tym samym. I tak trzeba się dopasować do sytuacji, powtarzać cechy charakterystyczne, które widzowie znają i oczekują i niezależnie od tego jak bardzo chce się być szczerym, można zawsze pokazać tylko wycinek rzeczywistości. I w tym tkwi oczywiście pułapka, zarówno dla widza, jak i twórcy. Widzowie mają wyobrażenie, że znają obcego człowieka i że wiedzą, jak jego życie wygląda poza spędzonym ‘wspólnie czasem’, czyli konsumpcją treści, oraz kim tak naprawdę jest. Po stronie twórcy trzeba unieść niesamowicie duży emocjonalny ciężar, tysiące przyjaciół, których się tak naprawdę nie zna, i którzy wcale przyjaciółmi nie są, raczej pracodawcami, ale też nie do końca. Wśród Youtuberów często pojawiają się problemy z wypaleniem zawodowym i kiedy się przyjrzy tej części bycia twórcą internetowym, wcale to nie powinno dziwić.
Więc też w przypadku persony pojawia się wiele pytań dotyczących granic. Bo w pewnym sensie wszyscy gramy role, na ten temat powstało wystarczająco dużo teorii socjologicznych i filozoficznych, że można sobie wybrać, którą się chce stosować wobec siebie. Przy osobach publicznych jednak jest tak, i to szczególnie przy gwiazdach internetowych, dzięki medium, z którego korzystają, że sprawiają wrażenie być na tyle blisko, że można te role o wiele dokładniej zobaczyć. Chcąc nie chcąc, jest to część ich pracy.
“Świat jest teatrem, aktorami ludzie”, Abigail podsumowuje w swoim filmiku, cytując słowa Shakespeare’a. I ma całkowitą rację. Nie można przy tym wszystkim zapomnieć, że gdzieś tam na końcu też są tylko ludzie. Można, uważam, traktować artystów i ludzi internetu jako postaci, można nawiązywać relacje paraspołeczne, ale po prostu nie należy przesadzać. Te relacje, które powstają między twórcą i społecznością, są bardzo wyjątkowe, są wzajemnie korzystne, albo wzajemnie szkodliwe, zależnie od tego, jak się z nimi obchodzi. A odpowiedzialność za to, żeby gdzieś tam w tym całym znaleźć zdrową równowagę, leży po obu stronach.
Moim planem było zbadać, co czyni TeamBro vs TeamWill dobrą historią. Ale jakimś sposobem, tak, jak to się w przypadku takich strumieni świadomości zwykle dzieje, poszło w innym kierunku i mam wrażenie, że na końcu wylądowałam gdzieś zupełnie inaczej. Oczywiście, miałam zamysł, żeby opisać wszystkie te rzeczy odnośnie autentyczności i relacji paraspołecznych, ale co dokładnie z tego miało wyjść, to się dowiedziałam już przy pisaniu.
Więc, żeby każdą część z osobna podsumować: uważam, że TeamBro vs TeamWill jest świetną produkcją wideo i fascynująca historią. Dziwi mnie za każdym razem, kiedy znajduję fabuły w historiach, które nie są historiami w klasycznym sensie. I tak też było dla mnie w przypadku tej rywalizacji. Poza tym sprawiło mi frajdę rozłożyć ją trochę na czynniki pierwsze i poanalizować, bo było dużo treści do obejrzenia, ale nie na tyle, żeby były nie do ogarnięcia. I jako trening w sporcie danych też nie mogłabym sobie zażyczyć lepszego przykładu.
Kwestia reality TV i autentyczności pozostaje otwarta. Jak już pisałam, wszystko jest względne, choć to akurat nic nie oznacza. Co ja wynoszę z tej części to to, że autentyczność jako towar ma pewną wartość, która do ludzi przemawia i przy której należy uważać, by innych nie wyzyskiwać i samemu nie być wyzyskiwanym. Ale co ostatecznie oznacza bycie ‘prawdziwym’, nie mam pojęcia.
W kontekście relacji paraspołecznych zależało mi na tym, by podkreślić, że są one częścią naszej rzeczywistości i że trzeba na nie zwrócić uwagę. Można szybko przesadzić i wprowadzić ludzi w kłopotliwe lub niebezpieczne sytuacje, ale trzeba też móc przyznać, że osoby publiczne mogą funkcjonować tak samo jak fikcyjne postaci. Co nie oznacza, że ich prywatność jest nieważna albo naruszalna – wręcz przeciwnie, proponowałabym nawet jeszcze bardziej rozdzielić prywatną i publiczną tożsamość artystów, na korzyść wszystkich stron. Co się w naszym świecie akurat nie dzieje, ale może byłby to całkiem spoko pomysł.
I na koniec, wniosek z całego tekstu – najczęstsza myśl, która towarzyszyła mi przy pisaniu tego artykułu, było to, że we wszystkich aspektach życia trzeba gdzieś tam móc zachować równowagę. Zdefiniowanie takowej nie jest oczywiście niczym łatwym, i z różnych perspektyw też wygląda inaczej, co czyni całą sprawę jeszcze bardziej skomplikowaną, ale jako ogólna zasada nie należy, myślę sobie, popadać w skrajności. Trzeba umieć przyznać, kiedy historia się kończy, gdzie jest granica między iluzją a rzeczywistością i gdzie kończą się osobiste granice, żeby sobie nawzajem nie robić krzywdy.
TeamBro vs TeamWill
- Mental Floss, Here’s How Long it Takes to Binge-Watch More Than 50 Popular TV Shows, https://www.mentalfloss.com/article/622536/how-long-it-takes-binge-most-popular-tv-shows
- Wikipedia, List of Rick and Morty episodes, https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Rick_and_Morty_episodes
- TeamBro, Team Bro vs Team Will (Staffel 1), https://www.youtube.com/playlist?list=PL-uN0duRMbAmqMttYOTJynaQUBRgIU5tR
- Mellow, staffel 2 TeamBRO🔥 vs Team WILL🚀, https://www.youtube.com/playlist?list=PL00DxC9ia8WA9Rya5jgZPUheaXA4A8VKH
- K3k53 84ck3n, Team Bro vs. Team Will Staffel 3, https://www.youtube.com/playlist?list=PLeXI85t6n2wT7jxATHezh7vvzYSpTJCUo
Reality TV & autentyczność
- The Film Theorists, Film Theory: How to NOT DIE! – Hunger Games pt. 2, https://www.youtube.com/watch?v=nXvWxZlfBlw&ab_channel=TheFilmTheorists
- Annette Hill, Reality TV: Audiences and Popular Factual Television, 2004, Routledge, London
- Richard Killborn, ‘Drama over Lockerbie’ A new look at television drama-documentaries, in: Historical Journal of Film, Radio and Television, Vol. 14, No. 1, 1994, London
- Mark Andrejevic, Reality TV: The Work of Being Watched, 2003, Rowman & Littlefield Publishers, Lanham
- Susan Murray & Laurie Ouellette, Reality TV: Remaking Television Culture, 2004, NYU Press, New York
- Wikipedia, Criticism of reality television, https://en.wikipedia.org/wiki/Criticism_of_reality_television
- Wikipedia, New Media, https://en.wikipedia.org/wiki/New_media
- Wikipedia, Technological Convergence, https://en.wikipedia.org/wiki/Technological_convergence#Media
- Wikipedia, lonelygirl15, https://en.wikipedia.org/wiki/Lonelygirl15
- Theater Mienenspiel, Orson Welles und der Krieg der Welten. Ein Livehörspiel., https://www.youtube.com/watch?v=qHAHJZCX6vs&ab_channel=TheaterMienenspiel
- Linday Ellis, YouTube: Manufacturing Authenticity (For Fun and Profit!), https://www.youtube.com/watch?v=8FJEtCvb2Kw&ab_channel=LindsayEllis
- Philosophy Tube, YouTube: Art or Reality?, https://www.youtube.com/watch?v=kVav1ri65Ws&ab_channel=PhilosophyTube
- Everyday Hero, Kobiety są lewaczkami, bo mężczyźni są konserwatystami │Policja na Jutjuba, https://www.youtube.com/watch?v=1GJFH3C-_50&ab_channel=EverydayHero
Relacje paraspołeczne & persona
- Donald Horton & R. Richard Wohl, Mass Communication and Para-social Interaction, http://visual-memory.co.uk/daniel/Documents/short/horton_and_wohl_1956.html
- StrucciMovies, FAKE FRIENDS EPISODE ONE: intro to parasocial relationships, https://www.youtube.com/watch?v=x3vD_CAYt4g&ab_channel=StrucciMovies
- Chuck Klosterman, Sex, Drugs, and Cocoa Puffs: A Low Culture Manifesto, 2004, Scribner, New York